niejadek

O pełnym wyzwań życiu z niejadkiem…

 

Czyli zderzenie twierdzeń mądrych psychologów i pediatrów z doświadczeniami zwykłego rodzica.

Jeśli ktoś  liczył na to, że w tym tekście znajdzie sprawdzone metody na to, jak niejadka zachęcić do jedzenia,  to muszę go rozczarować. Takich metod nie ma, chyba, że macie w domu mniej trudny egzemplarz niż nasza Blanka. Piszę tego posta nie w celach edukacji innych rodziców, ale ku pokrzepieniu serc zmartwionych mam i tatusiów, którzy użerają się z małym stworkiem, który nie rozumie, że do zabawy i poznawania świata trzeba mieć siły i trzeba jeść. Głowa do góry, inni też nie mają lekko! Kiedyś, jeszcze w ciąży, usłyszałam od koleżanek z pracy „Nie siedź za długo z dzieciakiem w domu, bo to rozum wyżera”. Mam wrażenie, że mi nic nie wyżarło, wprost przeciwnie… Z moim niejadkiem spotykam na co dzień tyle wyzwań, że mózg mi pracuje non stop na pełnych obrotach.

Trudów początki…

Nasze przeżycia z karmieniem Blanki rozpoczęły się już na sali poporodowej. Nie robiłam paniki, bo podobno każda świeżo upieczona mama ma z tym problemy. Przynajmniej takie twierdzenia usłyszeliśmy na szkole rodzenia. Niestety, u nas nie skończyło się na pierwszych godzinach. Ja po cesarskim cięciu ,wykonywanym na cito na początku 9 miesiąca, nie byłam chodzącą mleczarnią, a Blanka chciała jeść do tego stopnia, że przysysała się do ubrań mamusi, tatusia i babci. Długo nie pocierpiała, bo mi, zamiast „baby bluesa” wystąpił syndrom „matki lwicy”. Z brzuchem ciągnącym od rany po CC latałam przez dłuugi korytarz do pielęgniarek noworodkowych po mleko modyfikowane. Efekt był taki, że Blanka nie była głodna i przez 5 dni naszego pobytu w szpitalu była chyba najgrzeczniejszym noworodkiem na całym oddziale. I może właśnie dlatego jedzenie nie stało się dla niej tak ważne jak dla większości szkrabów. Później jedna z położnych, przyniosła mi szpitalny laktator. I tak rozpoczęła się moja historia z „dojeniem”, dzięki któremu moja mleczarnia nieco ruszyła z miejsca. Blanka nigdy nie wypijała norm mleka, które były przypisane dla jej wieku. Regularnie ważyliśmy naszego wcześniaka i cieszyliśmy się z każdego grama, który przybrała. A na dzieci znajomych, które potrafiły niemalże przekręcić butelkę na drugą stronę patrzyliśmy z niemałym podziwem i nutką zazdrości. Nasze dziecko nigdy nie przejawiało specjalnego entuzjazmu względem jedzenia, ale źle nie było.

Zaprzyjaźniamy się z łyżeczką

Do tematu uczenia Blanki jedzenia łyżeczką podeszłam ambicjonalnie. Mała, mając 4 miesiące piła już tylko mleko modyfikowane, więc bez skrupułów zaczęłam proponować jej różne smaki. Marchewka, brokuły, dynia… Najpierw po dwie, trzy łyżeczki. Później coraz więcej i więcej. Aż wreszcie, po dwóch tygodniach, zamieniłyśmy jedną butelkę mleka na kaszkę, a po miesiącu Blanka zjadała już dwa posiłki łyżeczką – obiadek i kaszkę na dobranoc. Czuła się chyba bardzo duża i bardzo sprytna bo widać było, że jest zachwycona swoją nową umiejętnością. Ja też byłam dumna. Poszło nam sprawnie, czyli tak jak to sobie wyobrażałam. Do czasu… Gdy Blanka miała pół roku w ogóle nie chciała już pić mleka. To trochę uciążliwe, bo zdecydowanie łatwiej jest podać dziecku butlę niż co kilka godzin poświęcać pół godziny na podawanie przecierku, czy kaszki łyżeczka po łyżeczce. Ale kiedy usłyszałam od sąsiadki dentystki, że dzięki temu Blancia będzie miała zdrowsze i prostsze ząbki, wzięłam się w garść i dalej z zapałem karmiłam ją łyżeczką. Należy też nadmienić, że mój niejadek nadal nie pochłaniał całych, wyznaczonych dla własnego wieku porcji i był na 20-25 centylu jeśli chodzi o wagę. Ale, że Blanka urodziła się z wagą 2700g, a przez pierwsze 6 miesięcy, tak jak się należy, podwoiła z nawiązką wagę urodzeniową, dalej nie robiliśmy paniki.

Domowe cyrki i showprogramy

Prawdziwe problemy zaczęły się, gdy Blanka nauczyła się siadać. Tak bardzo zainteresował ją świat z tej perspektywy i tak mocno zafascynowała się zabawkami, że po prostu nie miała czasu na jedzenie. Zaczęliśmy uatrakcyjniać jej jedzenie. Doszło do tego, że śpiewanie piosenek i machanie grzechotkami nie wystarczało. Blanka zaczęła mieć wybredne gusta co do naszego showprogramu. Chciała jeść przy „Klubie przyjaciół myszki Miki”, a przy innych bajkach już nie. Słuchała ulubionej składanki piosenek na YouTubie. Bez tych dwóch zabawiaczy nie było mowy, by zjadła choć łyżeczkę. Staliśmy się więc niewolnikami tableta, bo gdziekolwiek nie byliśmy, Blanka musiała mieć dostęp do sieci by dać się nakarmić. Cyrk na kółkach? Tak, wiem…
Najbardziej rozbawiło mnie zderzenie podejścia psychologów z podejściem pediatrów. Ci pierwsi rozpisują się w internecie, że nawet zabawianie dziecka przy jedzeniu, to terror i metoda niewerbalnej przemocy na dziecku. Blanka nie wyglądała na zgnębioną, wprost przeciwnie, była zachwycona, że wszystko kręci się wokół niej. Z kolei pediatrzy mieli inne zdanie, które też za bardzo nam nie „podchodziło”. Nasz ulubiony pan doktor kazał jej wmuszać i się niczym nie przejmować, bo przecież dziecko musi jeść, żeby się dobrze rozwijać. I bądź tu człowieku mądry. Doszło do tego, że Blanka potrafiła zjeść tylko jeden posiłek w ciągu całego dnia, a ja nie myślałam o niczym innym, tylko o tym by ją nakarmić, żeby nie zasłabła, nie odwodniła się. Obsesja trwała…

Względny spokój…

W poszukiwaniu rozwiązania naszego problemu przeczytałam mnóstwo mądrych artykułów i książek, przeszukałam też chyba cały internet. Jedyna mądra rada jaką znalazłam to, aby nie starać się w żaden sposób nakłaniać dziecka do jedzenia. Nawet jeśli przybrane do tej pory metody maluchowi się podobały. Ale nie dlatego, że to terror, nękanie bla, bla. Duży niemowlak czuje już rozłączność z mamą i chce zaznaczyć swoją wolę. Nie lubi więc być nakłaniany i odmawia nawykowo. Wierzę, że to prawda, bo patrząc na moje dziecko, czasami dziwię się, że taki maluch może być już tak spostrzegawczy i inteligentny. Dlatego teraz, gdy Blanka kręci głową przy jedzeniu, zamiast śpiewać, czy pokazywać jej różne zabawki, zabieram łyżeczkę na chwilę. Za drugim razem zazwyczaj otwiera buzię. Myśli, że sama decyduje, chociaż trochę decyduję też ja. Zazwyczaj, bo nie zawsze. Problemy w tej kwestii nadal nas nie opuściły. Gdy próbowałam mniej dosłodzić małej herbatkę, tak bardzo się oburzyła, że przez prawie cały dzień nie wypiła nawet łyka… Ale nie poddajemy się choć staramy się, by jej jedzenie nie było centrum naszego życia rodzinnego. Blanka to czuje i już coraz mniej „wymyśla”. Ona uważa, że o swoim odżywianiu w pełni decyduje, a my się cieszymy, że dzięki temu je. Mało bo mało, ale zawsze.
Oby tak dalej. A wszystkim innym rodzicom niejadków życzę dużo siły. Powodzenia!
pasek-do-teksty

Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:

Wytrawne muffiny idealne dla matek karmiących i małych alergików

7 życiowych rad dla mam niejadków

Dziecko w restauracji – 6 zasad, które ułatwiły nam życie

 

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

 

Bez-nazwy-2

 



O autorze -



  • …nie starać się w żaden sposób nakłaniać dziecka do jedzenia! Ja myślę, że to bardzo dobra rada. Moje pierwsze dziecię było niejadkiem, strasznym. Namawiałam, zabawiałam przy jedzeniu, wymyślałam, kombinowałam… jak nie chciało tak nie chciało. A teraz mając już lat kilkanaście lodówka (pełna) to dziecia najlepsza przyjaciółka!:)

  • Mam nadzieję, że i moja się z czasem rozsmakuje w jedzeniu. 😀

  • Mogę Ci przybić piątkę i podać rękę. A raczej moja M. Twojej Blance. To istny Tadek niejadek 😉

    • No ja się dziś załamałam, jak założyłam mojej po domu ubranka sprzed kilku miesięcy… Nogawki i rękawki sporo za krótkie, a w szerokości sporo miejsca jeszcze na sadełko, którego nie ma. 😀

  • Mój syn był i nadal jest żarłokiem. W swoim niespełna 14 miesięcznym życiu miał jednak fazę "niczego nie będę jadł". Na pewno pomogła nam konsekwencja w karmieniu i stały schemat dnia tzn. posiłki o stałej porze i nawet, gdy nie chciał jeść podejmowalismy próby. Karmiliśmy tylko i wyłącznie na krzesełku ustawionym przy stole i Karol jadł z nami. No i myślę, że najważniejsze: pozwalałam małemu zgłodnieć. Przeszło jak ręka objął.

    • Fajne pomysły. Tak z tym zgłodnieniem to jest ważna sprawa. Ja kiedyś wciskałam małej jedzenie co 3 godziny bo chciałam na siłę nadrobić jej małe porcje. Teraz je co 4 godziny i już przystępuje do posiłku chętnie bo pewnie czuje głód. Nie można jednak być nadgorliwym…

  • No miałaś niezły cyrk z tym karmieniem! Spróbuję zastosować Twoje rady u siebie – może coś pomoże na te wąskie usteczka mojej córci :) Tylko że ona lubi jeść, ale bardzo pomału!

    • Żaden ze mnie ekspert, ale z tego co czytałam to może być tak, że Twoja córka wyczuwa, jakie to dla Ciebie ważne, żeby wszystko ładnie zjadła i specjalnie przedłuża, żeby pogwiazdorzyć. Więc może ten sposób, że "niby mi nie zależy" też ją ciutkę dostosuje do maminych oczekiwań. To normalne, że tak długie karmienie może być frustrujące. :)

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl