Dziecko zawsze będzie Twoim dzieckiem. Podobnie Twoja matka, czy ojciec. To więzy krwi. Albo brat, czy siostra. Razem się wychowywaliście i już do końca życia będziecie rodzeństwem. Nie to, co z mężem, czy żoną. Zawsze można się rozwieść i będziecie dwojgiem obcych sobie ludzi.
Serio? Bo jak słyszę takie poglądy, a słyszę dość często (dosłownie, lub między wierszami), to mi ręce opadają! Po pierwsze dlatego, że współczuję osobom, które mają tak suche, kalkulujące i kombinowane podejście do życia. A zwłaszcza, do miłości. O ile, mówiąc o takim podejściu do sprawy, w ogóle mamy do czynienia z miłością. A po drugie dlatego, że to zwyczajnie wbrew logice i jakiejkolwiek wiedzy o relacjach społecznych. Na takim postrzeganiu świata można się błyskawicznie przejechać. I tak niefortunnie pokierować swoim życiem, by na zawsze tego żałować. Już tłumaczę dlaczego.

Wszystko zależy od okoliczności i chęci obydwu stron, a nie od więzów krwi
Każdą bliską relację można zniszczyć. Niezależnie, czy połączyła nas genetyka, urzędnik stanu cywilnego, czy ksiądz w Kościele. Tak samo, jak możemy się odkochać w małżeństwie, czy doznać zdrady ze strony męża, tak samo zawieźć nas może rodzeństwo, rodzice, a nawet dzieci. To nie jest przecież tak, że coś jest nam dane z góry i tak będzie na zawsze.
Niektórzy bywają skłóceni z rodzicami, bo dajmy na to, za bardzo ingerowali w ich życie. I choć akurat z tymi rodzicami to zazwyczaj jest tak, że sporo im wybaczamy, a oni nam. I nawet jak się od siebie oddalimy, to rzadko kiedy tak do końca. Ale nie zawsze bywa tak pięknie i sielankowo. Z resztą naszych krewnych sprawa jest często gęsto dużo bardziej skomplikowana.
No bo na przykład ukochany brat, z którym zawsze mieliśmy cudowne relacje może popaść w takie towarzystwo, że z biegiem lat rodzinę oleje. A siostra, z którą kiedyś byłyśmy, jak papużki nierozłączki być może trafi na męża dziwaka, przez którego dawne więzy odejdą w niepamięć. Albo jeszcze prościej – mężowie obydwu się nie polubią i z biegiem lat, siostry zaczną się od siebie oddalać. Z kolei dzieci, które tak kochamy, i oddałybyśmy za nie życie, w pewnym momencie zaczną żyć w swoim świecie, a być może ten świat będzie na drugim końcu Polski, albo w zupełnie innym kraju. I mimo wielkiej tęsknoty będziemy je widywać raz na pół roku. Idąc bardziej hardcoreowym tokiem myślenia, nawet po wielu latach oddania, z brata, czy siostry może wyjść zwyczajna świnia, np. przy podziale majątku po rodzicach. Jestem pewna, że każdy z nas słyszał niejednokrotnie o takich przypadkach.
To nie pokrewieństwo, a chęci i to, na ile silnymi uczuciami się darzymy, warunkuje, czy nasze relacje będą trwałe.

Życie zweryfikuje, kto jest dla nas rodziną…
Zakładając taki bardzo pozytywny scenariusz, że całe życie będziemy mieć i szczęśliwe małżeństwa i niezmiennie pozytywne relacje z bliskimi krewnymi. Wierzę, że da się, bo każdy związek to praca. Jak są też chęci z obydwu stron, to sukces mamy gwarantowany. Tyle, że życie przynosi nam różne okoliczności. Fajnie jest spotkać się z rodzeństwem, szwagrami, bratowymi i ich dziećmi w sporym gronie. Tylko, że jakoś jak patrzę na takie duże rodziny, to z upływem czasu, takie spotkania są coraz rzadsze. Każdy ma dorastające dzieci, do których niekiedy chce się dostosować. Przychodzą wnuki, nowe radości, nowe obowiązki, każdy ma swoje sprawy. Nawet przy wielkich staraniach, na spotkania z resztą bliskich, jest coraz mniej czasu. Co prawda, dla chcącego nic trudnego. Ale nie łudźmy się – siostra, czy brat, a nawet nasze dzieci, jeśli ich życie potoczy się szczęśliwie, a przecież tego im życzymy, nie będą naszymi głównymi towarzyszami życia.
Nie da się chyba zaprzeczyć, że warto żyć dobrze z mężem, czy żoną. Polecam to nawet tym, którzy w życiu są do bólu racjonalni. A dla tych jeszcze nieprzekonanych, mam bardzo ważny film do obejrzenia. Może nie porywający, nie spektakularny, jak to zwykło się teraz oglądać, ale bardzo życiowy i wartościowy. Wzruszający, choć bez wymuszonej dramaturgii. Chodzi mi o „Miłość” Michaela Haneke. Głównymi bohaterami są Georges i Anna – kochające się małżeństwo z 50-letnim stażem. Myślę, że po obejrzeniu tego filmu, każdy będzie choć trochę życiowo mądrzejszy.

Czy mąż i żona to rodzina?
Dla mnie niezaprzeczalnie tak! I nawet jeśli sceptycy i przeciwnicy życiowego romantyzmu, powiedzą, że taka rodzina, co się z nią można rozwieźć to nie rodzina, to ja zaśmieję im się w twarz. Tak samo, jak relacje z rodzicami i rodzeństwem, kształtują nas, jako ludzi, i już zawsze będziemy pod ich wpływem „jacyś”, a nie inni, nawet jeśli te więzy ulegną zmianie. Tak samo związek z mężem, czy żoną tworzy naszą tożsamość i już zawsze będzie na nas wpływać. Wspomnień i wspólnych lat nie da się wymazać, niezależnie od tego z kim je dzielimy.
Mój mąż to moja rodzina. I tego nie wyznaczył nawet ślub. O tym zadecydowały uczucia. Mąż to dla mnie rodzina i to w tym najbardziej niezwykłym tego słowa znaczeniu. Rodzina z którą mam niepowtarzalne relacje uczuciowe i cielesne. Rodzina, którą wybrałam i która mnie wybrała.
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten tekst, pewnie chętnie przeczytacie też:
Upierdliwa teściowa jest babcią…
Miłość w dobrym stylu – a może by tak po francusku?
A weź matko odpuść!
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

