Choinka może być prawdziwym wyzwaniem, jeśli się ma w domu małego złodzieja bombek. Jak przeciwdziałać takim małym, acz upierdliwym świątecznym przestępstwom malucha?
U nas już jest. Stoi, pięknie świeci. Mamusia wystylizowała tak, że nie może wyjść z podziwu nad jej pięknem. Choinka. Bez niej nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia. Ale wiem też, że wielu rodziców dzieci w przedziale (w zależności od temperamentu i stopnia rozwoju psycho-ruchowego :D) od 6 miesięcy do 2 i pół roku, przed postawieniem choinki w domu drży… No nie wiadomo, jak zachowa się mały domowy terrorysta. 😉
No cóż na razie wymądrzać się nie mogę, bo choinka stoi u nas dopiero pół dnia. Jak funkcjonowała w domu ciekawściuchy Blanki okaże się za kilka tygodni, jak ją rozbierzemy. Ale już coś tam pokombinowałam, żeby obyło się bez szkód. Albo chociaż z jak najmniejszą ich ilością.
Odkąd tworzymy z moim mężem oddzielny dom, mamy zawsze choinkę żywą. Tak wymyślił Pan Upierdliwy ;), ale ja bardzo szybko podchwyciłam tą tradycję i jestem nią zachwycona. W naszych domach rodzinnych, w dzieciństwie, zawsze były choinki sztuczne. No u mnie żywa trafiła się raz, bo się uparłam, a u niego może ze dwa. I owszem, później jest kupa sprzątania. Zeszłoroczne igiełki odnajdowałam nawet podczas tegorocznych przedświątecznych porządków. Ale za to ile jest frajdy przed i w trakcie jej bytności w domu. Trzeba wybrać tą najpiękniejszą, zataszczyć ją do domu w pełni świątecznej atmosferze. Co roku jest inna, wyjątkowa.
W zeszłym roku mieliśmy choinkę aż do sufitu.Trzymiesięczna Blanka leżała sobie pod nią na macie edukacyjnej, patrzyła na światełka, a tuż nad nią były szklane bombki i nic. Bajka. Teraz, jak mój cyrkowiec szaleje po domu, trzeba było się nagłowić, żeby choinkę przed nią uchronić. 😀 Stoi więc sobie na stoliku kawowym w kącie. Na dole ozdób brak, a te co są na górze dobrałam z drewna, wikliny, pierników i plastiku. Nic co by zagrażało ciekawściusze. 😀
Ale wiecie co? Najlepsze w prawdziwej choince jest to, że jest kłująca! Dziś rano zabrałam Blankę do pokoju, który można szumnie nazwać salonem, wzięłam jej rączkę i powiedziałam z szelmowskim uśmiechem „dotknij sobie”. Zabrała pręciutko rękę patrząc na mnie oburzona. „Sasasasasa”, powiedziałam, jak Złośnica z moich ulubionych z dzieciństwa Troskliwych Misiów. Oby tak pozostało!
A jak tam wasze choinki? 😉
Jeśli spodobał się wam ten post, pewnie chętnie przeczytacie też:
Świąteczne dekoracje – inspiracje
Piernikowe ozdoby
Odwiedziliśmy Mikołaja!






