…i nie jest mi ani trochę wstyd! No może czasami, ale tylko troszeczkę. Jak za dużo się naczytam w internetach. Ale to by każdemu zepsuło humor. Nawet świętemu, bo tam zawsze znajdzie się ktoś świętszy. 😀
W sumie, to nie powinnam tego pisać. Ale co mi tam, nawet jak ktoś uzna mnie za złego człowieka, głupią babę i w ogóle beton wychowawczy, to reszta, która skrywa swą nienormalną normalność i zwykłą ludzką niedoskonałość, poczuje się tu u mnie lepiej. A to będzie dla mnie większy zysk. Czasami czuję się wśród innych matek, jak kosmitka. I znowu ubarwiam… Nie czasami. Zazwyczaj! No to lecimy z tymi moim GRZECHAMI GŁÓWNYMI. 😉
Nie lubię rozmawiać o dzieciach
Nie tak, że w ogóle. Bo przecież siłą rzeczy, jako matka blogerka piszę sporo o córce. Bardzo chętnie czytam Wasze komentarze na blogu, Fejsie, Wasze maile o dzieciach. Ale są pewne granice. Na prawdę niewiele mnie interesuje, zwłaszcza na spotkaniach towarzyskich, co cudze dziecko jada, czy na jaki kolor robi kupsko. No chyba, że to coś spektakularnego. Jeśli czyjeś dziecko ma dwa lata i chętnie oszamie śledzia z cebulą, to mogę się z tego pośmiać, bo to ciekawa sprawa. Jakiś czas temu byłam na pierwszym w moim życiu baby shower. Były tam prawie same mamuśki i 90% czasu gadałyśmy o dzieciach, porodach itp. I było zajebiście! Ale nie było „ochów i achów” nad sprawnościami naszych dzieci, nie było nudnych opisów harmonogramu dnia, ani innych bzdetów przy słuchaniu których robi mi się bardziej niedobrze niż w pierwszym trymestrze ciąży. Dziewczyny wypowiadały się tekstami typu „nigdy nie jest głodny, ale jak ja se zrobię kanapki to mi zawsze zeżre” (o 4 letnim synu), albo „jak mi przywalił girą w pęcherz, to prawie popuściłam” (o innym jeszcze nienarodzonym). I ciągle tylko śmichy, chichy były. A to wszystko z ust na prawdę super matek, zakochanych w swoich dzieciach. Ale wciąż jeszcze posiadających osobny mózg… Każda z nas kocha swoje dzieci, każda podziwia ich rozwój, ale wygłaszanie publicznych poematów pochwalnych na ich cześć jest męczące dla otoczenia. Czasami można zdjąć z siebie worek pokutny i pokazać ludzką twarz – kobiety. Będzie dużo bardziej interesująca.

Czasami śmieję się, gdy moje dziecko płacze…
To nie jest taki śmiech szyderczy. To jest głupawka, której dziwnym trafem nie zauważam u innych matek. Bo większość, jak dziecko ma atak buntu, niepotrzebnie głowę chowa prawie, że w cycki – ze wstydu. Albo tłumaczy, półtorarocznemu berbeciowi rzucając chyba cytatami z mądrych poradników dla rodziców, których mam czasami wrażenie, że obydwoje nie rozumieją tak do końca. Bo dziwnym trafem histeria się wtedy powiększa… 😀 Jeszcze inne kipią dosłownie, ale próbują to stłumić, choć widać, jak zalewa je żółć. Za kilka lat – wrzody murowane! Ja się śmieję… Czasami to taka dziwna reakcja na stres, czasami to efekt bezradności. Ale nie, gdy moje dziecko płacze z żalu, nawet jeśli to jakaś absurdalna dla dorosłego „tragedia” je spotkała. Wtedy zawsze pocieszam. Śmieję się jak to jest histeria, kładzenie się na ziemi z teatralnymi pozami, łapaniem się za głowę w tym lamencie, tarciem oczu, z których nawet nie lecą łzy, np. wtedy gdy zakładam jej drugiego buta, a ona chciałaby wyjść z jedną stopą bosą. I wiecie co? To pomaga zdecydowanie bardziej niż gdy mówię, jej że taką bosą stópką, to będzie bolało, że może się pokaleczyć bla, bla, bla. Wierzę w inteligencję mojego dziecka, więc nie mam oporów, by dawać jej o tym jasno znać, gdy zachowuje się absurdalnie.
Nie interesuje mnie modne macierzyństwo…
Nie uskuteczniałam chustonoszenia, bo mnie od tego bolał kręgosłup. Rodzicielstwa bliskości też nie uprawiam, w każdym razie nie w pełni. Nie śpię z dzieckiem, bo jest mi wtedy niewygodnie. A poza tym wolę się przytulać do męża. BLW u nas nie ma, bo mnie wkurza syf na podłodze, poza tym nie mam tyle sił psychicznych, by nie sparaliżował mnie strach, podczas ratowania półroczniaka krztuszącego się marchewką… Warzyw nie kupuję od rolnika, kur na balkonie nie hoduję, żeby ugotować z nich zdrowy rosół. 😀 No mówiłam, że beton? 😀 Nie jest tak, że się nie interesuję, nie czytam. Z każdej z tych teorii biorę coś dla siebie, ale coś też odrzucam, bo to tylko ja znam siebie i swoje dziecko i nikt mi nie jest w stanie, jak do tej pory, podać sprawdzonego przepisu na szczęśliwe życie rodzinne… Sorry, jak macie parcie na bycie modną matką, to nie ten blog. 😉
Robię różne rzeczy dla siebie, nawet jak w tle słyszę stęki i kwęki…
Kilkanaście lat temu, gdy miałam 14, może 15 lat, moja wiele lat młodsza kuzynka bywała w moim rodzinnym domu dość często, tak na kilka dni. Nic, dosłownie nic, nie można było zrobić, bo zaraz zwracała się z pretensją „No patrz, jak ja się bawię!”. I to jest dla mnie kwintesencja wielu dziecinnych humorów i pretensji nie wiadomo o co. One czasami wcale nas nie potrzebują do jakiegoś celu. Są, jak psy ogrodnika. Często, gdy akurat piszę posta, albo gotuję obiad, czy się maluję, Blanka nagle niby potrzebuje mojej aktywnej obecności. Gdy zaczynam się z nią bawić, odpycha mnie momentalnie, bo się wkurza, że nie tak poukładałam klocki. Mam siedzieć i nic nie robić, ale jej też nie przeszkadzać. No to ja przepraszam bardzo, ale takiego frajera, to niech sobie poszuka w piaskownicy. Gdy prosi mnie o zainteresowanie, zawsze je dostaje. Ale sterroryzować to ja się nie dam. Robię więc czasem swoje, jak muszę, albo zwyczajnie, gdy chcę. Trudno. Świat i tak prędzej czy później uświadomi ją, że nie wszystko kręci się wokół niej. Z pewnością mniej bolesne będzie, jeśli sukcesywnie, małymi kroczkami dowie się tego od własnej matki, która ją kocha i chce jej dobra, niż od obcego, który jej los ma głęboko w dupie.

Marzę o czasie sam na sam z mężem…
Kocham moje dziecko i jestem tylko dla niej (w granicach rozsądku), tak powiedzmy do 20. Później zaczyna mnie… irytować. I nie będę tu walić ściem, że chcę, żeby kładła się w miarę wcześnie, bo wtedy sen lepszy, dziecko się rozwija, regeneruje itp. To prawda, ale to nie główny powód moich marzeń o jej błogim śnie. Ja chcę mieć życie małżeńskie. Bez niej. Ona też kiedyś będzie chciała mieć swoje życie beze mnie (już nawet chce, jak się kitra w namiocie z miśkami) i to jest jak najbardziej naturalne. Nie wpatruję się więc w jej słodką, śliczną, śpiącą buzię z rozanieleniem w godzinę po jej zaśnięciu (poświęcam na to góra 3 minuty), bo wolę patrzeć w niezbyt śliczną ale równie kochaną facjatę mojego męża, bo jego też potrzebuję. A jak się postaram, to w czasach, kiedy Blanka będzie przeżywała pierwsze miłości, będę miała z kim spędzić miły wieczór zamiast stać z utęsknieniem i histerią w oknie, oczekując na jej powrót z randki, po cichu płacząc nad własną utraconą młodością i motylami w brzuchu.

Czasem sobie zaklnę…
No niestety… To jest chyba jedyny punkt z mojej listy grzechów głównych, z którym, jakoś tam próbuję walczyć. Ale nie będę ukrywać. Tak jak nie da się udawać bez przerwy kogoś innego w związku z partnerem, tak nie można wiecznie nosić maski św. Teresy z Kalkuty lub innej Faustyny przy dziecku. O ile się nie jest rzeczywiście dusza człowiek. Ja zawsze miałam skłonność do „kwiecistej” mowy, lubię wypowiadać się obrazowo, a czasem nie da się tego zrobić nie rzucając mięsem. Jeszcze bardziej wlazło mi to w krew, jak byłam kobietą pracującą, a w mojej „fabryce” bez bluzgów czasami nie dało się pracować, chociaż nie „robiłam” na budowie. I tutaj możnaby się powstrzymać i zachować bardziej emocjonujące rozmowy na czas „po 22”. Ale nie ma mocnych! Macierzyństwo czasami wystawia nasze nerwy i cierpliwość na próbę i zdarza mi się, że coś mi się wymsknie. Przy córce. Już możecie rzucać kamieniami! 😀 I tak np. ostatnio Blanka darła się wniebogłosy, że chce bajkę oglądać, jak akurat robiłyśmy zakupy. Dałam jej na odczepnego swojego srajPhona, którym po chwili walnęła w szale o posadzkę, bo za długo zwlekałam z kapitulacją. Rzuciłam wówczas bez namysłu (niby pod nosem i z zaciśniętymi zębami, a jednak wszyscy słyszeli) „o rzesz kurwa!”… Kilka osób zaczęło rozglądać się dookoła, w poszukiwaniu tej chamicy, co tak klnie publicznie. Wzrok wszystkich zatrzymał się na pewnej matce w dresie. Mnie nikt nie podejrzewał. Grunt to dobra charakteryzacja. 

To jak, kto pierwszy rzuci kamieniem? 😀
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
Matko niemowlaka! Taka będziesz za rok…
Dobrze radzę – nie rozmnażajcie się!
3 etaty, na których każda z nas „robi” u własnego męża za darmoszkę
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

