„Nie mam czasu, żeby iść spać!” Mam wrażenie, że właśnie to bym słyszała od mojego dziecka co wieczór, gdyby już potrafiło dobrze gadać.
W ciąży i w pierwszych miesiącach życia Blanki przeczytałam masę artykułów i książek dotyczących spokojnego, bezpiecznego i efektywnego snu malucha. Miałam ideologię wypracowaną do perfekcji. Odniosła ona jednak porażkę i legła w gruzach, szybciej niż mogłabym przypuszczać w najśmielszych… mamowych koszmarach.
Bezcenne porady? Bullshit!
Rad udzielanych rodzicom odnośnie rytuałów wieczornych i usypiania dziecka jest mnóstwo. Żeby dziecko nie spało za dużo późnym popołudniem… Żeby w ciągu dnia spało w świetle, bez zasłaniania okien, to wtedy będzie wiedziało, że noc to czas snu długiego… Żeby wprowadzać pewne stałe elementy wieczorne, jak kąpiel o tej samej godzinie, kolacyjka, piżamka, kołysaneczki itp…. Należy też oczywiście odkładać dziecko do łóżka w pełni świadome i później tylko siedzieć przy nim, głaskać po główce, żeby dziecko miało świadomość, że zasypia samo i aby później nie budziło się w środku nocy z traumą. Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność.
Niektóre z tych rad się u nas sprawdzały. Do czasu. Im Blanka stawała się bardziej świadomym dzieckiem, problem narastał. Najpierw rzeczywiście po spełnieniu wieczornych rytuałów, kołysałam ją, śpiewałam i odkładałam do łóżeczka. W całym domu światła były przygaszone, panowała błoga cisza. I rzeczywiście. Mała sama usypiała, wpatrując się w kręcące się dookoła misie w karuzelce.
Praca nad własnymi rytuałami
Im jednak więcej miała umiejętności, tym problem narastał. Najpierw jak nauczyła się siadać, siadała w łóżeczku i się rozglądała. Mimo, że głowa opadała jej ze zmęczenia, na próbę ponownego położenia jej reagowała wrzaskiem o decybelach co najmniej syreny alarmowej. Jeszcze gorzej było, jak zdobyła umiejętność stawania przy szczebelkach. Trzeba było pousuwać wszystko z okolic łóżka, bo bawiła się klapą od kosza na pieluchy, potrafiła się wygiąć w chińskie 10 i zdobyć krem do pupy, by go memlać w buzi, wielbiła się też w zwalaniu książeczek z półki. Wyczytałam wtedy, żeby się nie poddawać i dalej próbować usypiać malucha jak dawniej. No więc kontynuowałam te „rytuały”… Tylko, że wojaże mojego dziecka w łóżku przedłużały się z godziny, do dwóch, a później nawet trzech. Jak zaczęła w końcu padać w łóżeczku dopiero w okolicach 23, uznałam te porady za bzdurne i robiłam po swojemu. Rytuał się odmienił. Po kąpieli i kolacyjce, bajka i tulenie do mamy brzuszek do brzuszka, aż mała usnęła. Efekty były cudowne! Blanka usypiała w 5-10 minut, a my wreszcie mieliśmy wieczory dla siebie. Wbrew ostrzeżeniom ekspertów, Blanka nie budziła się w nocy z rykiem w pretensjach, że nie leży jednak przy mamusi.
I tak błogo minęło nam kilka miesięcy… Aż Blanka nauczyła się chodzić i poczuła się już tak dorosła, że sen wydawał jej się całkiem niepotrzebny. W międzyczasie skróciła sobie popołudniowe drzemki do ledwie pół godziny dziennie. Wydawać by się więc mogło, że po tak intensywnych dniach, dziecko będzie padać na twarz koło 19… Co to, to nie! Zapałki w oczy i mimo, że nasze wieczorne rytuały zaczynają się od 19.30, mała usypiała w skrajnych przypadkach, po północy. Próby usypiania jej jak dawniej, po bajeczce i z przytuleniem do mamusi, kończyły się histerią z waleniem matki po cyckach. A co tam! W końcu wszystkie metody są dobre aby się uwolnić od snu, nie? 😀
Kapitulacja, a może kompromis?
No więc wpadłam na nowy pomysł, choć dość mocno piętnowany w dzisiejszych czasach, ale działał… Po bajeczce i paciorku, oglądałyśmy kołysanki z animacjami na YouTube. Godzinna składanka nie wystarczała, trzeba było puszczać ją dwukrotnie. No ale koło 22 wreszcie usypiała. Tyle, że prędko zorientowała się, że te kołysanki to mój podstęp w celu ululania jej, a nie tylko kolejna atrakcja dnia. Po tygodniu na dźwięk włączanych kołysanek reagowała wspomnianym już histerycznym krzykiem który słyszało pewnie pół osiedla i pewnie wszyscy myśleli wtedy, że obdzieram właśnie moje dziecko ze skóry.
Spasowaliśmy całkiem. Postanowiliśmy, za namową mojej mamy, że skoro mała ma taki okres, że spanie wydaje jej się ogromną karą, to niech się bawi, aż padnie. Wsadzaliśmy ją do kojca pełnego zabawek, ale tych mniej rozrywkowych, bez muzyczek, światełek i bawiła się. Były momenty, że oparta o siatkę od kojca zsuwała się po niej ze zmęczenia, pokładała się na misiach, ale nie usypiała. Kończyło się koło 23 kilkuminutowym lulaniem na siłę, aż padła.
Okropieństwo! A przecież badania donoszą, że dziecko które prześpi 10 godzin od 20 do 6 rano, lepiej się rozwija niż to które prześpi tyle samo godzin od 23 do 9, tak jak upodobała sobie Blanka. Co więcej, zgodnie z twierdzeniami psychologów, kondycja emocjonalna matki i ojca jest dużo lepsza, jak rodzice mają wieczór dla siebie, co chyba odkryciem specjalnym nie jest.
Najlepszy sposób na położenie dziecka spać? Mamy go!
Walczymy dalej. Teraz bawimy się w ściemnianie, które też wymyśliła nam kochana babcia Asia. Ubieramy się w piżamy i wszyscy kładziemy się w naszej sypialni. Czytamy bajeczki, przytulamy się, a później i ja i mąż udajemy, że usnęliśmy. Działa! Przynajmniej na razie. Mała kładzie się między 21 a 22, a to w jej przypadku sukces.
I co, że to niezgodne z zaleceniami wszystkich mądrych psychologów, pedagogów, pediatrów? Niech sobie ci wszyscy mądrzy ludzie na „p” swoje dzieci wychowują zgodnie z wyznaczoną rozpiską. Ja się do tych rad próbowałam stosować, spełnialiśmy wszystkie warunki, nie poddawaliśmy się przez dłuższy czas i nic. To teraz mamy własne mądrości. Nasze dziecko niestety, albo i stety, ma swój charakter i nie funkcjonuje jak w zegarku. I dobrze! Przynajmniej mózgi ciągle nam pracują na pełnych obrotach, żeby dostosować jakoś jej potrzeby i chwilowe fanaberie do naszego życia.
Niech moc będzie z nami, rodzicami! A jak to wygląda u Was?





