Zawsze lubiłam ludzi. Generalnie wszystkich. Z góry zakładałam, że są dobrzy, życzliwi. Mało kto mnie denerwował, załaził za skórę. A nawet, jak się tak stawało, starałam się tłumaczyć osobnika i nie spisywać na straty. Każdy miał u mnie na początku czystą kartę, którą dość łatwo było utrzymać. Głupia ja! Dopiero jak zostałam mamą, życie mnie nauczyło, jak wielu jest ignorantów, gburów i samolubów. Denerwuje mnie bezmyślność, krótkowzroczność i stany amnezyjne, które występują u znacznej części napotykanych przeze mnie ludzi.
Swoje bezkrytyczne podejście do świata nieco zmieniłam już w ciąży. Przepuszczona w kolejce zostałam tylko raz na całą ciążę. W toalecie, w jednym z centrów handlowych, i to przez nastolatkę. Tak mi się miło zrobiło, że chyba cholera jasna, będę to pamiętać do końca życia. Dzięki dziewczynie nie zsikałam się w majtki, jak Blanka usilnie uciskała mi pęcherz. Gdy dojeżdżałam do pracy nikt nie ustępował mi miejsca w komunikacji miejskiej. Na początku tłumaczyłam to faktem, że brzuch odstawał mi na tyle, co mój dość pokaźny zadek. Z czasem jednak wypukłość z przodu stała się ewidentna. Ale i to nie dało nikomu do myślenia. Lepiej było udawać, że się nie widzi, patrzeć w smartfony, tablety i e-booki.
Po porodzie niewiele się zmieniło. Czasami mam wrażenie, że moje życie to teraz bezustanna walka z resztą społeczeństwa o dobro mojego dziecka i mojej rodziny. Dookoła każdy sobie rzepkę skrobie, każdy pilnuje swoich interesów i ma w głębokim poważaniu dobro innych ludzi. Dosadnie rzecz ujmując – macierzyństwo roz…..waliło mój światopogląd. 😀 Tak jak kiedyś, nieliczny ludzie mnie denerwowali, tak teraz nieliczni mnie nie denerwują. 😀 Was moje drogie czytelniczki, oczywiście uwielbiam! Ale spróbujcie tylko hałasować w okolicach moich okien jakoś po 21, jak usypiam Blankę. Możecie poznać moje skrycie ukrywane, psychopatyczne oblicze. 😀


Kiedy sprowadziliśmy się na nasze osiedle na przedmieściach, byliśmy zachwyceni. Mało, że cena była spoko, to atmosfera bajeczna, iście wakacyjna. Sami młodzi ludzie, z niemowlakami w wózkach, albo starszakami biegającymi po dwóch wypasionych placach zabaw. Obok cisza i spokój, podmiejskie lasy, teren ogrodzony, bezpieczny. Wydawało się, inni ludzie niż w tym zalatanym mieście, gdzie każdy biega (nie chodzi), jak z klapkami na oczach. Można się zatrzymać, pogadać z sąsiadami, jest miło… Łatwo było tak myśleć bezdzietnej parze, która wymagania miała, co tu dużo gadać, ograniczone.
Teraz patrzymy na to zupełnie inaczej. Oglądaliśmy jakiś czas temu, jak jeszcze byłam w ciąży, taką luźną amerykańską komedię „Sąsiedzi”. Główni bohaterowie to młode małżeństwo z niemowlakiem, które wprowadza się do nowego domu. Okazuje się, że ich sąsiedzi to bractwo studentów, którzy ciągle imprezowali i uprzykrzali im życie. No peszek… Tyle tylko, że w rzeczywistości, nie musi być aż tak spektakularnie, żeby poznać, co to znaczy denerwujący sąsiedzi. Okazuje się, że rodzic, rodzicowi… „fucka” pokaże, jak tylko interesy jednego nie zgadzają się z interesami drugiego.


I tak, ci sami sąsiedzi, którzy kiedyś byli rodzicami 4-5 latków i cieszyli się, że pozostali (w tym ja i mój małżonek) cicho się zachowują wieczorami, jak maluchy zasypiały, dziś są rodzicami dzieci szkolnych… I w nosie mają, że czyjś dwulatek właśnie zasypia. Cieszą się spokojnie oglądając film, gdy ich dzieci biegają po podwórku w wakacje do późnych godzin nocnych drąc jadaczki na cały regulator. :/ 😀 Już nie jest tak słodko, jak kiedyś… 😀 Wszystko spoko, niech się bawią do woli, ale czy ich rodzice nie mogliby nakazać tej wczesnej młodzieży, by w późniejszych godzinach nadawała na niższych częstotliwościach? I wiem, że czasami to ja zrobię jakąś gafę, na przykład krzycząc na uciekającą Blankę tuż obok przechodzącej sąsiadki ze śpiącym niemowlakiem w wózku. Ale mam wtedy wyrzuty sumienia jak nie wiem co i więcej podobnego błędu nie popełniam.
Wiem, że czasami się czepiam… I wtedy pokazuję język własnym myślom, mówiąc do nich „Ty jędzo podła, nie dam Ci wygrać z miłą i przyjazną Natalką.”. (Tak na marginesie, jestem zodiakalnym bliźniakiem, więc może stąd te rozchwianie charakteru 😀 ) Ale często jest tak, że czepiam się tylko troszeczkę, a gdy powody moich złości się namnażają w przeciągu jednego dnia, mam zafundowany istny „Dzień Świra” w realu. I to ze mną w roli tytułowej. 😀


Nie bardzo się ostatnio wysypiamy. Wczesne wstawanie, późne zasypianie Blanki i stęki, kwęki przez sen, bo ząbkowanie… Chodzimy czasem, jak zombie. I masz ci los, ostatnio cały świat sprzysiągł się przeciwko naszemu rodzinnemu spokojowi. Znacie to? No jasne, że tak!
Wtorek, 6.15, pobudka. Zabieram małą do naszego łóżka. Mleczko wypite w półśnie. Jest! Zamyka oczka… Pośpimy jeszcze z godzinkę, półtorej. Super. Okno otwarte, bo za nami bardzo ciepła noc, zapowiada się piękny dzień. Blanka już pochrapuje… Wyśpię się! Nagle słyszę znajome nawalanie. Śmieciarka. Cholera jasna, zaraz ją obudzi. Podlatuję czym prędzej do okna, zamykam. Czekam… Kilka minut i po sprawie. Pojechała, otwieram okno, znowu się kładę. Już powoli zasypiam… Nagle słyszę, że ktoś wylazł z impetem z klatki naprzeciwko. „Wraw, wraw, wraaaaw” – ten głupi york wylazł na poranny spacer. Będzie szczekał na cały regulator i zapierdzielał po całym osiedlu w tę i nazad. To już po ptakach, dupa ze spania… Blanka otwiera oczy i wyrwana ze snu krzyczy z uśmiechem na buzi – „Pa, pa, Paej” – bo każdy pies to dla niej Power, tak wabi się pies dziadków. 6.30, wstajemy…
Chodzę, jak nieprzytomna. Czuję takie zmęczenie, kołatania serca i zdrętwienie mózgu, jak na kacu. To „matkac”, na pewno go znacie. 😀 Dobra, kawa, śniadanie dla Blanki, włączam jej bajki, niech da pożyć, a raczej dogorywać na kanapie. 11.00, wypadałoby iść na spacer. Ładna pogoda… Eee, nie dam rady. Drzemkę zrobimy sobie w domu, bo ja potrzebuję jej bardziej niż ona, później wylezę z nią na plac zabaw. Jak się wyśpię. 12.30, w końcu przychodzi się przytulić, jest śpiąca. Kładziemy się. Uff, tego mi było trzeba. Głaszcząc ją po głowie, usypiam. „Wwwwwrrrrrr”. Nie no, serio los się na mnie uparł? Sąsiad z góry wierci w ścianie… Dobra, bez nerwów, wprowadził się już dawno temu, na pewno zaraz skończy. Skończył! Nie, jednak nie – znowu „wwwwrrrrr, wwwwrrrr”. I tak w kółko pół minuty wiercenia, pół minuty ciszy. Popiarduje co chwila, chyba pójdę mu pomóc, bo se chłopina nie radzi ewidentnie. Po kilku minutach wreszcie kończy robotę. Jednak bez mojej pomocy. Liczę do dziesięciu, uspokajam się. Na szczęście ciągle trzymałam ręce na uszkach Blanki i się nie obudziła. Usypiam… Nagle dzwonek do drzwi. Długo se nie pospałam. To kurier, który miał być kilka dni temu, ale generalnie nie spieszy mu się w robocie. Czemu nie zapukał delikatnie do drzwi? Inni potrafią włączyć inteligencję i widząc wózek przed drzwiami delikatnie pukają… Ten nie! Dzwoni z impetem i to kilkakrotnie, jakby w rytmie piłkarskim… Nie no zagryzę! Blanka oczywiście już nie śpi. Teraz będzie cały dzień dawała mi popalić taka niewyspana…


Godzina 17.30. Mąż wreszcie wraca z pracy. 19.00 – kąpiel, 19.30 – kolacja… My już padamy na twarze, ona ma energię… Skąd, no skąd ja się pytam? Mąż mówi, że pewnie wyssała z nas. 😀 Żartowniś. Mnie się żarty już nie trzymają. 21.30, przychodzi się przytulić. Oho, chyba będzie lulać. Idziemy do sypialni, a tam kolejny życzliwy sąsiad, z balkonu obok rozmawia sobie przez telefon… Niech mu tylko dzieciak podrośnie do wieku w którym nie będzie już spał kamiennym snem, to ja sobie wykupię darmowe wieczory i weekendy. I wylezę na balkon. Zamykam okno, trudno będziemy się dusić. Po kilku minutach Blanka nadal nie śpi, ale tamten obok się wyrozmawiał już. Otwieram okno. Po paru chwilach mała chrapie słodko. Jest! W końcu koniec tego dnia! Już widzę siebie z lampką wina i książką na balkonie. Relaksik. Ale nie, jak już miałam przekładać małą do jej łóżeczka, znów wylazł ten gościu z yorkiem. Mała się budzi. Wyobrażam sobie, jak kopię tego psa w sam środek tyłka, jak Marek Kondrat w „Dniu świra”. Zaczynam się śmiać do własnych myśli. Lepiej mi. Pies odchodzi gdzieś daleko, Blanka znowu usypia. Jest 22.00. Przenoszę ją z powodzeniem do jej łóżeczka i otwieram okno, żeby miała świeże powietrze. W tym samym momencie właściciel yorka zaczyna gadać przez telefon. Wróć, zaczyna się drzeć, tak jak w latach 90.tych kiedy niektórzy właściciele komórek – cegieł darli japy, nawet do niewłączonych urządzeń, żeby tylko każdy widział, jacy są nowocześni. Wtóruje mu ten… śliczny piesek. Nie wytrzymuję – „Zamknij się człowieku i zabierz stąd tego debilnego psa!” – drę się przez to okno. Poszli, zasnęła znowu. Mam spokój. Wszystkich poodstraszałam.
Teraz nasze osiedle dzieli się na tych, którzy przypięli mi łatkę „wariatki” i na matki, które po cichu dziękują mi za tak waleczną obronę spokoju rodzin z małymi dziećmi. Czuję się bohaterką, mimo wszystko!
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
3 etaty na których każda z nas robi u własnego męża za darmoszkę
Ona, on, dziecko i świat do góry nogami
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też mają swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

