DSC_1393

Gorzka prawda (???) o polskim macierzyństwie

Badania mówią, że matki w Polsce to kobiety idealne z pozoru, a wewnątrz nieszczęśliwe, zmęczone, przybite nadmiarem obowiązków…

Zanim zaczniecie czytać ten wpis, koniecznie przeczytajcie artykuł opublikowany przez Newsweek Polska „Polskie matki: idealne i wściekłe”.

„(…) właśnie na Facebooku najbardziej widać hipokryzję Polek, które lubią z udawanym wstydem wyznać, że są złymi matkami, ale za chwilę będą się chwalić, jakie to mają cudowne, bezproblemowe macierzyństwo.”


„(…) w polskiej przestrzeni publicznej pojawił się wzór nowej matki, która wreszcie może sobie trochę odpuścić. To miał być kontratak wobec powszechnie wówczas panującej matki Polki po liftingu – atrakcyjnej, zadbanej, z pasjami i tipsami, świadomie decydującej się na dzieci.
(…) nieoczekiwanie zapanowała moda na kult intymności, na wychowywanie dzieci w nadzwyczajnej bliskości z mamą, a najlepiej, by była to bliskość z ducha ekologiczna.”

 

 „Sfrustrowane są również te, które w pogoni za idealnym macierzyństwem zostają w domu. Ba, czują się jeszcze gorzej niż pracujące koleżanki. Jak wynika z badań socjolog Marty Olcoń-Kubickiej z 2009 roku, presja na matki udomowione jest jeszcze większa, bo przez otoczenie są postrzegane jako te, które nic nie robią.”


„Jeżeli można się już przyznać, że się czasem pada na pysk, że się w domu nie gotuje obiadów i nie sprząta, a w ogóle dzieci to wkurzające bachory, to nadal istnieje granica, której nie wolno przekroczyć.”

 

 

Już? No to dobrze… Powyżej tylko fragmenty tekstu Newsweeka. Poruszone, oburzone, a może wprost przeciwnie uspokojone myślicie „inne też tak mają”…? Ja chyba nie zaliczam się do żadnej z tych grup.

Sprostać wymaganiom, tylko czyim?

Jak to jest z tymi matkami w Polsce? Chyba trochę tak, że same nie wiemy czego chcemy. „Idealne i wściekłe”… No jak się chce dogodzić wszystkim dookoła, nie może być inaczej. Pełnoetatowa mama trochę się wstydzi, że nie jest spełniona zawodowo. Ta, która pracuje, zazdrości tej pierwszej, że ma więcej czasu dla dzieci i rodziny więc zadręcza się wyrzutami sumienia. Mamy wychowywać dzieci w duchu bliskości, karmić piersią, ale przy tym mieć super figurę tuż po porodzie, więc i fitness by się przydał i jakaś dietka. Ale jak dietka to co z pokarmem? A jak fitness to gdzie ta bliskość? No pewnie najlepiej byłoby iść na indoor cycling, albo zumbę z dzieckiem w chuście… Mamy być zadbane, umalowane, wypachnione, ale jak to zrobić, skoro dziecka nie wypada zostawić w kojcu, bo to „więzienie”, szafek pozamykać na zaczepy też nie, bo to nadopiekuńczość. Dzieci mają być grzeczne, żeby było widać, że je się wychowuje, a nie hoduje, bo jak coś to zaraz usłyszy się od obcych komentarz – „co za niegrzeczne dziecko”. Ale z drugiej strony, jak dziecko dostaje histerii z bliżej niewyjaśnionego powodu, to nawet nie można go publiczne postraszyć jakąś karą, bo zrobią z ciebie potwora, niewartego bycia rodzicem.W dzisiejszych czasach dobra matka gotuje zdrowo i codziennie co innego, robi zakupy ekologiczne, ale ekonomicznie (da się?), pierze w orzechach piorących, ma modnie urządzone na biało, czyściutkie mieszkanie, bawi się z dzieckiem, czyta mu książeczki, jest też super żoną. I wystarcza jej na to tylko 24 godzinna doba! A, no i ma czas na pasje, bo gdyby się okazało, że żyje tylko życiem rodziny, to przecież ktoś mógłby ją wyśmiać.

 

Jak to jest u mnie?

Wiele z nas tak bardzo skupia się na tym, aby spełniać te wszystkie, często wykluczające się wymagania narzucane nam przez społeczeństwo, że kiedy nie daje rady, to rzeczywiście czuje wypalenie i wściekłość. Ja mam tak, że im więcej narzucam na siebie zadań, by było tak fajnie i idealnie, tym paradoksalnie jest gorzej.

Prosty przykład – moje dziecko, niejadek wybrzydzało z każdym daniem, które przyrządzałam. A zaprzestałam dawać jej zupki ze słoików, bo tak robią przecież tylko matki nieroby, więc to wstyd. Efekt? Frustracja, bo ja się narobiłam jak wół, wyparzałam słoiki, gotowałam, blendowałam, pasteryzowałam, a córka jeść nie chciała. Ta prozaiczna sytuacja odbijała się na całej naszej rodzinie. Wszystko ustało jak zrezygnowałam i zaczęłam dalej dawać jej te słoiczki. Po kilku tygodniach mała zaczęła naturalnym tokiem jeść coraz więcej „dorosłego” jedzenia („cudzesy” są dla dzieci chyba zawsze bardziej atrakcyjne), więc problem sam się rozwiązał.

Nadgorliwość nie jest dobra nigdzie, w macierzyństwie też. I owszem, jak mówiłam o tym głośno w towarzystwie, że daje dziecku gotowe obiadki, bo nie chce mi się gotować tylko po to, żeby ona tego nie zjadała, spotykałam się z różnymi spojrzeniami. Trudno, najważniejsze dla mnie, że dwie osoby na których zdaniu mi zależy – mój mąż i mama, rozumieją mnie, znają sytuację i wiedzą, że tak było po prostu najlepiej dla nas wszystkich. A moje dziecko? Wydawało się dużo szczęśliwsze jedząc te nieszczęsne słoiki, a po posiłku wesoło bawiąc się z uśmiechniętą i zadowoloną mamą, niż kiedy dostawała dania domowe i obydwie byłyśmy niezadowolone, a ja miałam poczucie fiaska.

Takich mało obrazkowych momentów w moim macierzyństwie jest więcej. Staram się dorywczo pracować, spełniać pasje, jak chociażby blogowanie, ale być jednocześnie przy dziecku. Nie oszukujmy się jestem wtedy obecna, a jakby nie. Rozrzucam małej zabawki na podłogę i trochę się od niej mentalnie opędzam. Ale czy to zbrodnia? Przecież dla dobra dziecka, musi ono zdawać sobie sprawę, że świat nie kręci się tylko wokół niego. Jeśli my ich o tym nie  uświadomimy, to później boleśniej powiedzą im o tym obcy. Jeszcze mało mojej niedoskonałości? A proszę bardzo! Gotuję jedną zupę w wielkim garze na kilka dni, kiedyś odkurzałam codziennie, teraz robię to co kilka dni, bo z dzieckiem jest mi trudniej, mam mniej czasu. A jednocześnie wiem, że jak w to miejsce zrobię coś dla siebie, albo poświęcę ten czas na zwyczajne bycie razem z mężem i córką, to będziemy wszyscy szczęśliwsi, bo w powietrzu nie będzie powiewać moja nerwowość. I co z tego, że ktoś przyjdzie nagle do nas niezapowiedziany i pomyśli – „jaki bałagan!”… Ważne, żeby nam było dobrze. Coś jeszcze? Ano dziecko często mnie denerwuje… Kiedy chcę obejrzeć fajny film, a ona akurat nie może zasnąć. Kiedy chce szybko wyjść z domu, a ona akurat ucieka przy ubieraniu kurtki. Kiedy daje mi w kość cały dzień, a potem słodko uśmiecha się do innych… I zdarza mi się, że krzyknę, albo powiem coś z zaciśniętymi zębami. Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce!

Przy tym całym braku maminej perfekcji, wrzucam czasami wspomniane w Newsweekowym artykule „słit focie” na Facebooka, a jak piszę coś na blogu o gorzkich chwilach w moim macierzyństwie to też robię to pół żartem pół serio. Jestem hipokrytką, robię to na pokaz? Nie! Po prostu staram się mimo wszystko patrzeć na świat przez różowe okulary, pamiętać tylko te miłe chwile, bo to mi dobrze robi na psychikę. Tak samo, jak denerwuje mnie mąż i czasami się z nim kłócę, tak samo, jak czasami jestem w konflikcie ze swoimi rodzicami, tak samo mam lepsze i gorsze chwile w relacjach z moim dzieckiem. Miłość rzadko bywa bajkowa i należy się z tym pogodzić. A macierzyństwo nie czyni z nas nadludzi, czy świętych. Bliskie relacje z rodziną, także z dziećmi są skazane na wzloty i upadki i nie oznacza to, że te relacje są złe. Idealność to fikcja. Co więcej, fikcja do której wcale nie należy dążyć.

 

Frustracja w macierzyństwie – jak sobie radzić?

 

W moim rodzinnym domu zdarzała się zamawiana na obiad pizza, kwiatki czasami podsychały, bo mama zapominała je podlać, czasami uzbierał się na komodzie kurz, aż ojciec dowcipniś pisał na nim głupie hasła, zdarzało się też, że mamie puszczały nerwy… Ale przede wszystkim były rozmowy, wsparcie i mogę to śmiało powiedzieć, przyjaźń. Zdarzały się burze, ale ja najlepiej pamiętam jak mocno świeciło u nas słońce. I teraz to ja, a nie moje koleżanki z domów w których były zawsze obiady z dwóch dań i sterylne warunki, mam świetny kontakt z mamą, a moja córka z babcią… I ja też tak chcę. Będę idealna w swoim braku perfekcji, żeby nie być sfrustrowaną. 

A w ramach puenty pod te wszystkie przemyślenia, mam dla was naszą domową sesję zdjęciową. Blanka miała wtedy miesiąc, ja kupiłam jej śliczne ubranka – tiulowa spódniczkę, słodką opaskę. Miało być tak słodko. Było – tragikomicznie. Ubranko zostało obsikane, opaska była co chwila zdejmowana, a ja byłam na moje dziecko zła, że inne rodziny mają takie słodkie fotki z okresu noworodkowego, a mój maluch nie chce współpracować. Było trochę nerwowo, ale już po godzinie śmialiśmy się z tych naszych twórczych porażek. A teraz oglądamy te zdjęcia z ogromną przyjemnością.

 

 

 



O autorze -



  • ps. orzechy piorące nie są wcale takie super 😉 a urządzone na biało czyściutkie mieszkanie tak ale nie przy dziecku. Perfekcyjna mama : to fikcja i abstrakcja!

    • Ja do tego białego, wypucowanego mieszkanka jeszcze mogłabym aspirować, tylko mi się nie chce… Ale przy Twojej trójce to już science fiction. 😀

  • Ja Ci powiem jak jest… czytasz wypowiedź jednej matki jakie to ważne żeby dziecko jadło gotowane zupki, a nie sklepowe. U drugiej jak to fajnie karmić piersią, a u trzeciej jak szybko wróciła na siłownię i do figury sprzed ciąży za sprawą cudownej diety. Czytasz te wypowiedzi i sobie dodajesz…
    A tak naprawdę, to pierwsza matka ma wiecznie syf w kuchni, bo tylko tym gotowaniem i przecieraniem się zajmuje. Ewentualnie ma gosposię do ogarnięcia domu, ale zapomniała o tym wspomnieć. Druga karmi i ma syf w domu, to tylko z dzieckiem przy cycku siedzi i na nic czasu nie ma, a trzecia dziecko zostawia babci i nie karmi tylko dba o figurę, biust i wagę.
    Teraz Ci się rozjaśniło? ;D

    Już dawno temu wyczaiłam, że białe wnętrza są tylko w tych pokojach do których dzieci nie wchodzą. Ewentualnie zostaje photoshop, bo innej opcji nie widzę 😀

    • Haha, no tak wsyztsko na pokaz. Tylko same przed sobą wiemy, jak jest naprawdę. I to frustruje, że nie jesteśmy takie idealne, jak chciałybyśmy, by nas widziano. Ja mam wprost przeciwnie. Robię z siebie często dużo większą zołzę matkę, zołzę żonę itd. niż jestem w rzeczywistości. I się nie oszukuję, nie oszukuję innych. Mogą się mną najwyżej mile zaskoczyć. 😉

  • To ja chyba jestem matką-hipokrytką, bo często pisze teksty w stylu „moje dziecka działa mi na nerwy”, „macierzyństwo nie jest kolorowe”, ale „kocham moją córkę najbardziej na świecie” i „uwielbiam być matką”. Perfekcyjną matką na pewno nie jestem. Moja Melushka do 14 miesiąca była żywiona głównie słoiczkami, pozwalam jej się samej bawić, gdy ja zajmuję się rozwijaniem swoich pasji, domu nie sprzątam regularnie, a prasowanie czasami leży cały tydzień albo i dwa. Dla mnie najważniejsze jest to, aby nie zgubić w macierzyństwie samej siebie, bo to by mnie unieszczęśliwiło, a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

    • No proszę, kolejne nasze podobieństwa, prawie w pełni jakbym czytała o sobie. Przybijam wirtualna piąteczkę! 😀 😉

Wszystkie zdjęcia i treści na blogu są moją własnością. Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie bez mojej wiedzy. Copyright © 2017 Chichotkitrzpiotki.pl