Jeszcze dwa lata temu tak myślałam. Nigdy nie przytulę naszego własnego dziecka. A co jeśli coś stanie się mojemu mężowi…? I zostanę całkiem sama z mieszkaniem pełnym wspomnień i z wolnym pokoikiem, który czeka na urządzenie, a już zawsze pozostanie pusty…?
Wcale nie jest mi łatwo o tym pisać. Wszystkim zawsze jawię się jako wprost infantylnie beztroska blondynka, której los sprzyja i która patrzy na życie przez różowe okulary. Pewnie wy, moi wirtualni goście, też tak myślicie, czytując moje wpisy, które nawet jeśli mówią o jakichkolwiek trudach, nasycone są sporą dawką optymizmu. No nie zawsze tak było. Miałam w moim życiu czas, w którym byłam taką okropna pesymistką, że aż sama ze sobą wytrzymać nie mogłam. I pewnie nikt oprócz mnie do końca nie wie, jak bardzo sama siebie wtedy dręczyłam, bo raczej nie uzewnętrzniam swoich smutków, wolę celebrować miłe chwile, a te złe zamiatać pod dywan. Ale tym razem wspomnę też te trudniejsze. Mamy grudzień, czas wysyłania pozytywnych wibracji, a i koniec roku, moment w którym przychodzi czas na zmiany. Niespełna dwa lata temu, właśnie na początku nowego roku moje życie odmieniło się. Zobaczyłam na teście dwie kreski w momencie, w którym najmniej się tego spodziewałam i już nawet przestałam na to czekać. Piszę ten wpis właśnie dlatego, że życie pokazało mi, jak wiele daje pozytywne myślenie i że gdy zadręczamy się myślami o niepowodzeniu, nasze szanse na spełnienie marzeń maleją z zawrotną prędkością. Zwłaszcza, jeśli chodzi o coś tak ważnego, jak zostanie mamą…
Ale zacznijmy od początku. W moim życiu wszystko zawsze układało się po myśli. Z małymi potknięciami, o których szybko zapominałam. Miałam wesołe dzieciństwo, mamę – przyjaciółkę, a gdy tuż przed 20-tymi urodzinami pomyślałam sobie, że czas już poznać tego jedynego, po dwóch tygodniach spotkałam mojego męża. Po 10 miesiącach byłam zaręczona, po półtora roku był ślub i wesele jak z bajki. W między czasie skończyłam studia na jedynym dla mnie słusznym kierunku, praca sama mnie „znajdywała”. Wszystko szło wprost idealnie. Niespełna rok po ślubie stwierdziliśmy „A może zrobić sobie dzidzię?”. Minął miesiąc. Nic. Trzy miesiące. Nadal nic. Po pół roku zaczynałam się martwić. „Co jest?” – myślałam. Przecież jestem młoda, zdrowa. Miało się udać od razu! O co chodzi?
Poszłam do lekarza. Usłyszałam „Jajniczki to ma pani jak kalafiorki.”. Później badania hormonalne, wyniki i diagnoza, która wbiła mnie w ziemię – zespół policystycznych jajników. Od razu przypomniałam sobie, jak na studiach dorabiałam redagując teksty do portalu medycznego. Gdy opracowywałam temat z chorobami „kobiecymi” i pisałam o PCO, bo taki ta choroba ma skrót, pomyślałam, „Co za okropne choróbsko?”. Współczułam kobietom, które na to cierpią. A teraz mam być jedną z nich? Zaczął się istny rajd po lekarzach. Wydawaliśmy ostatnie pieniądze na prywatne wizyty u tych „najlepszych”. W międzyczasie okazało się, że ja żadnych policystycznych jajników niby nie mam, ale może cukrzycę, a nie, jednak nie mam, może tarczyca nie działa dobrze, no to zobaczmy, może w trakcie hospitalizacji coś wyjdzie. Przeleżałam 5 dni na oddziale endokrynologii, pokłuta we wszystkich możliwych miejscach, sikająca na zawołanie do różnych pojemników, które non stop przynosiły mi zdegustowane pielęgniarki. Przez cały ten czas praktycznie całkiem straciłam wiarę w medycynę. Miałam wrażenie, ze to wróżenie z fusów. Dostawałam ciągle to nowe leki, po których czułam się fatalnie, a które nagle okazywały się być pomyłką… Wszystko wydawało mi się niekonsekwentne. Nawet podejście do pacjentek. Niby każą zachodzić w ciążę przed 30-tką, a jak przychodzi do nich 24-latka i mówi, że chce mieć dziecko, a od roku nie wychodzi, patrzą, jak na głupią szczylówę, co jej się zachciało pobawić w mamę.
W końcu odpuściłam. Oczywiście tylko pozornie. Postanowiłam czekać. Badania hormonalne były bardzo kiepskie, ale może to tylko tymczasowe. Tak z resztą mówili lekarze. Kupowaliśmy testy owulacyjne w hurtowych ilościach. Robiłam je codziennie. Nic. Owulacji nie wykrywałam przez kolejne pół roku. Miałam to szczęście w nieszczęściu, że w międzyczasie o dziecko starali się nasi bliscy znajomi. Wymienialiśmy się doświadczeniami. Czuliśmy się jakoś tak raźniej. Dookoła rodziły się dzieci, wśród znajomych, rodziny. Ciągłe wieści o ciążach. Zazdrość kłuła mnie w sercu, gdy dowiadywałam się o „wpadkach” koleżanek. Nie lubiłam tego uczucia, czułam się złym człowiekiem, choć tak naprawdę przecież dobrze życzyłam tym przyszłym mamom i ich maluszkom. Ale czemu nie jestem w ich gronie? Czemu jestem gorsza? Czemu to nie ja będę tulić maluszka, skoro my tego pragniemy, a dla nich to komplikacja? Nie byłam w stanie powstrzymać tamtych myśli. W rezultacie, czy to z mojej winy, czy z ich, poodcinałam się od „dzieciatych” znajomych. Nie pasowałam do nich, jeszcze namacalniej czułam to, czego mi brakuje. A może to oni, nie wiedzieli, jak z nami rozmawiać…
Rozważaliśmy w tym czasie różne scenariusze. Może in vitro? Może adopcja? Spełniamy przecież wszystkie warunki! A może po prostu czekać? Cieszyć się wolnością, podróżami… Tak cieszyć! Bardzo pozornie. „To pewnie w ogóle moja wina.” – wyrzucałam sobie. Po co na początku robiłam testy ciążowe drżąc z palpitacjami serca, że będę w niechcianej wtedy jeszcze ciąży. Po co planowałam wszystko, chciałam, żeby było zgodnie z moim harmonogramem, po kolei. Bez planu byłoby lepiej. Wszystko było tak jak chciałam, jak wymyśliłam, aż do teraz. Jeszcze większy żal do losu. Im wyżej wleziesz, z tym większym hukiem spadniesz…
Od naszych starań minęły wreszcie prawie dwa lata. Zdążyliśmy wprowadzić się do własnego mieszkania. Pokoik dla dziecka czekał. Ale pusty, żeby nie zapeszać. W końcu, gdy z każdym miesiącem nadzieja malała, pokój stał się zwykłą graciarnią. Wreszcie zrobiliśmy tam gabinecik z biurkiem. Po co się łudzić, że kiedyś zamieszka tam bobasek…
Wreszcie do akcji wkroczyła moja mama. Jako wiedźma, czyli kobieta, która wie ;), wynalazła mi mnóstwo sposobów na podkręcenie płodności. Pilnowała, bym mimo uczucia rezygnacji działała. W tym czasie, moja wspomniana koleżanka, która też się „starała” wyczytała w internecie o leku ziołowym bez recepty, który podobno pomagał innym dziewczynom, w tym konkretnym hormonalnym problemie, który miałam. Zaczęłam ćwiczenia bo niby wyrównują poziom hormonów, zaczęłam brać ten lek, jeść różne zdrowe rzeczy, które podsuwała mi mama, a podobno podkręcały płodność. Nie miałam już co prawda serca do całej tej akcji. Przecież i tak się nie uda!
Na szczęście ta pomoc w zajściu w ciążę, którą otrzymałam od bliskich osób, zbiegła się z tym, jak poczułam się pierwszy raz od dłuższego czasu szczęśliwa. Na nowo „zakochałam” się w moim mężu. „Czego jak chcę?”, myślałam wtedy. Przecież jest dobrze. Jestem młoda, mam super męża i fajne życie. Wyjechaliśmy wtedy na romantyczny, jesienny wyjazd w góry. Pogoda dopisywała, słońce napawało optymizmem. Nie myślałam już o tej ciąży. Później były pierwsze Święta Bożego Narodzenia w naszym mieszkaniu. Byliśmy bardzo blisko siebie, było nam razem, we dwoje dobrze. Później wesoły i pełen beztroskich imprez początek karnawału. Aż w końcu poczułam się jakoś dziwniej… Mój organizm dawał mi znaki.
Po kilkumiesięcznej przerwie w obsesyjnym sprawdzaniu płodności, wykonałam test owulacyjny. I jest! Pozytywny! „Jeju, wreszcie! Nie, nie wierzę!”. Zrobiłam kilka kolejnych. Okazało się, że to prawda. Nawet nie wyobrażacie sobie jak nie mogłam doczekać się momentu w którym będę mogła zrobić test ciążowy. W końcu minął odpowiedni czas. Zrobiłam. Poczucie porażki, gdy zobaczyłam tylko jedną kreskę całkowicie mnie rozbiło. Postanowiłam wybić sobie całą tą ciążę z głowy. To nie dla mnie i postanowiłam się z tym pogodzić. Ale po jakimś tygodniu od tego negatywnego testu, znów bardzo dziwnie zaczęłam się czuć. „Zrób test” usłyszałam od męża. „Po co? Myślisz, że coś wyczarujesz?” Odpowiedziałam z agresją, bo już męczył mnie ten temat. Ale na odczepnego, zrobiłam. Wyszły dwie kreski! „Jakiś lewy pewnie ten test.” – zgorzknienie nie robiło miejsca dla radości. Mąż poleciał do apteki po kilka kolejnych, każdy innej marki. Wszystkie pozytywne! Ojeju, czy to sen?
To nie był sen. Byłam w ciąży! Radość, ale i strach, że coś pójdzie nie tak, sprawiały, że żyłam jak w jakimś transie. Przyszła kolejna trudna chwila. Musimy powiedzieć o wszystkim naszym przyjaciołom, którzy też się starali. W końcu mieliśmy razem zaplanowany wyjazd na narty do Austrii, a ja teraz jechać nie mogę. Poza tym, należy im się prawda. Powiedzieliśmy to, choć ja sama w pewnym sensie wstydziłam się tego mojego szczęścia, bałam się, że ich nim zranię. Widzieliśmy w ich oczach radość z tego, że nam się udało. Ale i odrobinę własnego smutku z nutką nadziei. Skoro nam się udało, może im też, ale może lepiej się nie łudzić? Nigdy wcześniej za nikogo tak mocno nie trzymałam kciuków. I wiecie co? Po miesiącu oni też zobaczyli na teście te wymarzone dwie kreski! Nadzieja i pozytywne myślenie działają cuda!
Życzę wszystkim starającym się o dziecko parom, by przywitali na świecie własne dzieciątko! Nam udało się po dwóch i pół roku. Niepłodność to nie bezpłodność. Niepłodność jest czasowa, większość par, która nie może mieć dzieci w danym momencie życia, mimo wszystko ma szanse! Przekażcie ten wpis dalej. Może komuś, kto traci nadzieję, choć trochę on pomoże. Bardzo bym chciała!
