Urodziłam przez cesarskie cięcie. Lub jak kto woli – wydałam córkę na świat, albo, jeszcze lepiej, zwyczajnie wyjęto mi ją z brzucha… Ale wiecie co? Co to za różnica, w jaki sposób pojawiła się na świecie?
Równie dobrze mogłaby się przeteleportować spod mojego serca prosto na salę poporodową. Dla mnie ważne, że jest cała i zdrowa!
Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad wyższością porodu naturalnego nad cesarką, lub cesarki nad porodem naturalnym. Temat tych przepychanek porodowych znam dopiero odkąd stałam się mamą „internetową”. To co zaczęłam czytać na blogach, forach, po prostu mnie wkurzyło. Ta co urodziła naturalnie szczyci się, że taka dzielna, a druga, co miała poród cesarski, mówi, że ta pierwsza to frajerka, bo po co rodzić w bólach jak można to „lepiej” zaplanować. Z kolei inna co miała cesarkę czuje się niedowartościowana, a jej koleżanka co rodziła w męczarniach i bólach, żałuje, że mogło obyć się bez traumy. I wtedy odzywa się ta pierwsza, że taka nasza natura, że powinność, że to, jak jesteśmy dzielne tworzy z dzieckiem większą więź… Szanuję te uczucia. Narodziny dziecka to niezwykle istotna sprawa. Ale czy nie najważniejsze jest to, że mamy przy sobie zdrowego maluszka? O tym chyba zbyt często zapominamy, bo to niby takie oczywiste… Wcale nie!
Jak to było u mnie?
Kiedy tylko zaszłam w upragnioną ciążę i później z każdym kolejnym jej miesiącem coraz mocniej, pragnęłam tylko by moje dziecko szczęśliwie narodziło się całe i zdrowe i bym ja wyszła z tego cało. Podchodziłam do porodu z dużą dawką pokory. Było bez ambicji, bez planu. Zbyt dużo się wydarzyło w tym temacie smutku i tragedii wśród bliskich mi osób, by to w ogóle było ważne. Wcale nie uważam, że z takim podejściem było mi lepiej. Nie mam do siebie o nic pretensji, nie roztrząsam, co mogłoby być lepiej… Bo jest Ona. Cel, jeśli można to tak rozpatrywać, został osiągnięty.
I owszem, miałam jakieś tam wyobrażenie porodu. Bałam się bólu… Najpierw bałam się, czy podołam naturalnemu porodowi. Później, gdy okazało się, że ciąża jest coraz bardziej zaawansowana, a mała nadal ułożona jest miednicowo i czeka mnie planowana cesarka, trochę się śmiałam, że „mała kocha mamusię i nie chce żeby się namęczyła przy porodzie”. Z drugiej strony cewnik, ukłucie w kręgosłup. Brr! Ale tak naprawdę, było to wszystko mało istotne. Nie lubiłam bycia w ciąży. Przez ten strach. Chciałam po prostu mieć córkę już przy sobie, móc na nią popatrzeć i odetchnąć z ulgą. I choć miałam powody, by tak się bać, to trochę nie lubiłam siebie za ten strach, patrzyłam na beztroskie ciężarne z dużym podziwem. Ale miałam chyba jakieś przeczucie, które kazało mi zachować czujność…
Oddział patologii ciąży
W połowie 8 miesiąca ciąży, na niby ostatnim obowiązkowym USG lekarz, do którego kierowała mnie zawsze doktor prowadząca moją ciążę, stwierdził u mnie małą ilość wód płodowych. Pytał, czy nic mi się tam nie ulewa. Jak usłyszał, że nie, kazał mniej chodzić i więcej pić, bo dziecko w takiej sytuacji jest mniej chronione. Może się coś poprawi, za dwa tygodnie kontrola. Na kontroli wyszło, że wód płodowych jest jeszcze mniej. Moja ginekolog bez zastanowienia wypisała mi skierowanie na patologię ciąży. Gdy pytałam dlaczego, powiedziała, że w takiej sytuacji dziecko ma mniej zamortyzowane ruchy, może sobie przycisnąć pępowinę, lub się w nią okręcić i mieć duże trudności z wyplątaniem. Zaczynałam być przerażona, bo kazała mi być przygotowaną na to, że być może cesarka zostanie wykonana w przeciągu doby…
Ze skierowaniem w ręku i mamą, bo męża akurat nie było, pojechałam po torbę i do szpitala w którym miałam rodzić. Niestety, jeden z popularnych warszawskich szpitali „do rodzenia” był tak przepełniony, że odsyłali nawet karetką rodzące już kobiety. Doktor, która mnie zbadała, stwierdziła, że koniecznie muszę być pod kontrolą i potwierdziła, że być może lekarze zadecydują, by zrobić mi cesarkę dużo szybciej. Ale… Oni nie mają miejsc. Spytała o szpital drugiego wyboru. Nie miałam takiego, ale skoro mieszkam na przedmieściach i chodziłam do powiatowej, przyszpitalnej szkoły rodzenia, to zadecydowałam, że właśnie w tym szpitalu, który już jakoś tam znam, chcę rodzić. Lekarka zadzwoniła tam i poinformowała, że odsyła do nich pacjentkę.
Przyjechałyśmy. Zostałam zbadana… I zupełnie inna teoria. Lekarz dyżurujący powiedział, że w sumie to mogę wracać do domu i przyjeżdżać tylko codziennie na KTG. Byłam tak rozbita, tymi zupełnie rozbieżnymi opiniami że nie byłam w stanie podjąć decyzji. Dobrze, że była ze mną mama, która powiedziała lekarzowi, że ja w domu to się zadręczę… Pewnie rzeczywiście, tak by się stało.
No i przyjęli mnie na oddział. A ten sam lekarz, za każdym dyżurem wpadał do mnie z uśmieszkami i pytał „Fajnie się u nas pani leży?”, „No bezpieczniej się czuję. Kiedy poród?”, „Zobaczymy!”. I tak przez 10 dni. Czasami czułam się jak idiotka, która z własnej woli, bez potrzeby uziemiła się w szpitalnym łóżku.
Nieplanowana, planowana cesarka…
Pamiętam ten ostatni dzień. Końcówka 36 tygodnia ciąży. Do ustalonej daty porodu jeszcze prawie dwa tygodnie. Sobota. Jak co dzień była u mnie mama, był mąż i siedział do późna. Wyszedł tuż przed 21, bo bardzo lubiłam, jak ktoś był przy mnie jeszcze w trakcie ostatniego, wieczornego KTG. Ale tym razem się opóźniało. Miałam być ostatnia w kolejce. Ustaliliśmy tylko, że napiszę mu smsa, jak wynik. Wreszcie kilka minut po 9, leżałam z gołym brzuchem w tych pasach i oglądałam jakiś głupi program w telewizji. Cały czas kontem oka, śledziłam zapis…
Nagle, aparat zaczął mrugać na czerwono, później piszczeć tak, że serce podeszło mi pod gardło. Na salę wpadła położna, zobaczyła zapis, zaczęła nerwowo trząchać mi brzuchem. Tętno spadło jeszcze bardziej. Szybko rozwiązała pasy, urwała zapis KTG. „Szybko”, rzuciła do mnie i wyleciała z sali. Nie wiedziałam co robić. Biec za nią? Nie zdążyłam się ruszyć w tym strachu, jak ponownie wpadła na salę z wózkiem inwalidzkim. „Siadaj”. Usiadłam. Pamiętam ten chłód na brzuchu wysmarowanym żelem i wiatr we włosach, gdy biegła ze mną przez korytarz. Nagle poczułam się, jakby wystawili mnie gołą na dwór w środku zimy. Tak mi było zimno, tak się trzęsłam. Na sali, którą w trakcie szkoły rodzenia oglądałam jako salę porodową, położyli mnie na łóżku i znów przystawili do aparatury. Tętno nadal bardzo niskie. Podchodziły do mnie kolejne położne, pielęgniarki i trząchały brzuchem. W końcu nieco urosło. Przyszedł lekarz, obejrzał zapis. „Niech się pani nie denerwuje, tniemy zaraz, bo tętno jest zbyt równomierne, dziecko jest osłabione, coś się dzieje, ale nie jest źle.”.
Pamiętam, że na sali było mnóstwo osób. Nie wiedziałam, kto kim jest, ale co chwila podchodziły do mnie różne kobiety. Jedne dłubały coś przy moim ciele, inne co jakiś czas głaskały po ręku, głowie. „Nie denerwuj się tak dziecko, bo zemdlejesz.”. Nie wiedziałam, że organizm ludzki jest w stanie tak zareagować na stres. Trzęsłam się, leżałam z rozłożonymi nogami i widziałam, jak drżą z niesamowitą prędkością we wszystkie strony. Próbowałam je zatrzymać, ale nie byłam w stanie. „Jak to możliwe, przecież mówili mi, że nic nam nie grozi, że jak już leżę w tym szpitalu, to niech doleżę do końca…?” Próbowałam pytać, dowiadywać się, ale tak szczękałam zębami, że personel ledwo mnie rozumiał. Jedna z pielęgniarek, po mojej prośbie przyniosła mi telefon. Zadzwoniłam do męża i mamy. Bałam się tylko, żeby jechali spokojnie… Nawet nie poczułam jak wkłuwali mi się w kręgosłup, jak wkładali cewnik… Ja, która zawsze miałam wyjątkowo niski próg bólu. Cały czas się modliłam.
Na sali wszystko przebiegało szybko. Czułam rozcięcie brzucha. Nie był to ból, ale dziwny dyskomfort. Czułam ciągnąca skórę. Ciągle pytałam, co z moim dzieckiem. W odpowiedzi słyszałam tylko, „Nie denerwuj się rybko”, od jednej z miłych pań. W pewnym momencie lekarz zapytał „Jak wyście ją robili? W szafie i do góry nogami?”. „Jest dobrze.”, pomyślałam, skoro rzuca żartami, musi być dobrze. Przez chwilę czułam, jakbym odpływała. Anestezjolog potrząsnęła moim ramieniem. Wyciągali Blankę. Czułam straszne ciągnięcie w brzuchu. Musieli ją najpierw odwinąć bo była cała zaplatana w pępowinę. „Takiej długiej to jeszcze nie widziałem.”, rzucił lekarz do lekarza. I wyjęli ją. Gdyby nie to, że momentalnie zaczęła płakać, zemdlałabym ze strachu. Już czułam, że nie daję rady, ale nagle poczułam ulgę, niesamowitą ulgę. „Już teraz nic nie jest ważne.”
Po jakimś czasie przyszła pielęgniarka noworodkowa. „Dostała 10 punktów. Ma 54 cm i 2700g wagi. Jest już z tatą.” Byłam taka szczęśliwa. Ale operacja się przedłużała. Trwała jeszcze godzinę. Lekarze się pocili, przychodziły pielęgniarki podcierać im czoła. Cięcie na cito, bez akcji porodowej i bez przygotowania, sprawiło, że strasznie krwawiłam. Każdy kolejny szew okazywał się niewystarczający. Starałam się nie usnąć, ale chyba tak schodziła ze mnie adrenalina, że ledwo udawało mi się utrzymać powieki. Jak później opowiadała mi rodzina, lekarze wyszli z sali z umordowanymi minami, powiedzieli tylko, że bardzo ciężka była operacja, ale wszystko dobrze. Musiało być ciężko, bo lekarz przeprowadzający „operację” przychodził do mnie później codziennie, mimo, że opieka nade mną należała już do ginekologów z oddziału poporodowego. Jeszcze kilka miesięcy temu na USG było widać pozostałości nierozpuszczonych szwów, mimo, że Blanka miała już roczek. A do tej pory brzuch czasami boli mnie w tych miejscach, jakby ktoś naciskał na siniak…
To wszystko jest nieważne. Ważne, że mam teraz wesołą, zdrową roczną dziewczynkę. Że jesteśmy szczęśliwi.
Nie chcę nawet pomyśleć, co mogłoby się stać, gdybym jednak nie leżała wtedy w szpitalu… Za każdym razem, gdy przeglądam książeczkę zdrowia Blanki i czytam powód wykonania cesarskiego cięcia –
„Zagrażająca zamartwica płodu”, przechodzą mnie ciarki. Nawet teraz, gdy to piszę… Wiem, że miałam mnóstwo szczęścia, że wszystko przebiegło tak sprawnie, że mała była w tak dobrym, fantastycznym wręcz stanie mimo tego, że wokół jej szyi okręcona była pępowina. Znam przypadki, kiedy kobieta bardzo chciała sama urodzić, a lekarze mimo komplikacji, zbyt długo przeciągali próby dokończenia porodu naturalnie i dziecko urodziło się w kiepskim stanie. Znam też kilka kobiet, które z własnej woli, bez przyczyn medycznych, wybrały poród operacyjny. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby oceniać takie kobiety, jako matki przez pryzmat porodu. Ale takie oceny, niestety dość często się zdarzają. W temacie ciąży, porodów, czy wychowywania dzieci, obcy ludzie myślą często, że mogą bezkarnie oceniać nasze życie.Rozumiem, że poród, a zwłaszcza to, czy jest ludzki, czy czujemy, że jest w zgodzie z nami, jest bardzo istotny dla naszej psychiki, dla kobiecości.
Ale to przemija. Pozostaje radość z macierzyństwa, która wcale nie jest tak oczywista, wcale nie musi nam się należeć. Najważniejszy jest happy end. Dla mnie każdy poród jest tym najlepszym z możliwych, jeśli na końcu mamy zdrowe dziecko i tulącą go zdrową mamę.




Jeśli spodobał się wam ten post, pewnie chętnie przeczytacie też: