O tym nie mówili na szkole rodzenia, nie pisali w książkach dla ciężarnych i młodych mam… Dziś się z tego śmiejemy, ale te poporodowe szoki przyspieszały bicie serca, napawały lękiem, albo zbliżały do histerii…
Uważam, że do tematu porodu startowałam z bardzo dużym bagażem informacji. Czytałam mnóstwo książek, artykułów, chodziłam na szkołę rodzenia, ba! nawet namiętnie, choć czasem z ciarkami na plecach i gęsią skórką oglądałam serial dokumentalny „porody”. Wiedziałam, że to wszystko wcale nie musi być takie piękne, jak może wydawać się rozmarzonej ciężarnej, która pod koniec ciąży myśli już tylko o tym, aby utulić swojego noworodka. Wiedziałam, że takie maluszki nie wyglądają jednak tak ślicznie jak na reklamach, naczytałam się sporo o pielęgnacji bobasa i trudach połogu. A jednak sporo rzeczy mnie mocno zaskoczyło.
Szok 1 – brzuchol
Ten szok miał u mnie miejsce jeszcze przed porodem. Będąc w 8 miesiącu leżałam w szpitalu na patologii ciąży z powodu małej ilości wód płodowych. A, że na oddziale poporodowym było wtedy istne przepełnienie, jedną salę z oddziału oddano „świeżym” mamom z noworodkami. Miałyśmy tą samą łazienkę. I wiecie co? W trakcie pogaduszek przed lustrem, głównym pytaniem było „Jesteś przed, czy po?”. Tak, tak… Mówili na szkole rodzenia, że ciało takiej kobietki tuż po porodzie nie wygląda tak samo, jak przed, ale, że aż tak… Ja w moim 8 miesiącu miałam mały brzuch, bo tych wód było tyle co nic. I wiele kobietek z dzidziami już na zewnątrz miało taki sam jak ja. Ale i mój brzuchol nie zmalał drastycznie jak byłam „po”. No może wyglądał na jakiś 4-5 miesiąc. Co prawda zmniejszał się z dnia na dzień, ale jednak… Szok! Pociążowej opony nie miały jedynie istne chudzielce, do których niestety jednak nigdy nie należałam 😀
Szok 2 – główka, jak w kasku
Tak jak już pisałam, nie spodziewałam się, że moja Blanka prosto z porodówki trafi na reklamę produktów dla niemowląt. Spodziewałam się opuchniętych oczu, czerwonej skórki, dziwnego kikuta pępowiny, paskudnego kupska – smółki itp. Ale nikt mi nie powiedział, że ta główka będzie taka dziwna… Już spieszę z wyjaśnieniem. Moje dziecko, było leniwe i mniej więcej od 6 miesiąca cały czas ułożone było miednicowo i w ogóle nie zmieniało pozycji. Przynajmniej ja takich hopsztosów nie czułam, a na każdym USG Blanka siedziała sobie dupką do „wylotu”. W trakcie tych kilku miesięcy nikt nie raczył mnie poinformować, jak wygląda główka takiego malca. Otóż wygląda dokładnie jak kask rowerowy. Jak ją zobaczyłam byłam przerażona. No pewnie, hormony i stres po porodzie robiły swoje, ale ta główka budziła niepokój także u mojego męża i mamy, więc chyba raczej dziwna nie jestem. Mała nie mogła nawet położyć główki „na wznak” musiała ją mieć na boku, bo była z tyłu tak dziwnie wypukła. Dopiero pani pediatra wytłumaczyła nam, że tak mają dzieci z miednicowego położenia i że to szybko minie. Jednym dzieciom, które lubią leżeć na pleckach główka nabierze całkiem opływowych kształtów, a u tych, co wolą na boczku będzie miała nieco „egipski” kształt, ale u dziewczynek to nawet plus, bo wygląda jakby było więcej włosów. Blanka niestety lubiła leżeć na plecach i korzyści z tego początkowego kasku mieć jednak nie będzie… Ale co matka się namartwiła o jej zdrowie, urodę i przyszłe kompleksy…

Szok 3 – co to za znamię?
Jak już trochę otrząsnęliśmy się po nagłym, stresującym porodzie, miesiąc przed terminem, o którym na pewno jeszcze wam opowiem, dokładnie sobie Blankę oglądaliśmy. We trójkę, ja, mąż i młoda babcia. Skórka ładna, choć ciałko jeszcze bardzo chudziutkie, stópki takie maleńkie, paluszki jak zapałeczki… Ale zaraz, zaraz! Co jest na tej łydce? Czerwone, wypukłe znamię średnicy około centymetra, co na tak małym ciałku robiło niepokojące wrażenie! I znowu oczekiwanie na obchód pediatryczny… Okazało, się, że panika była niepotrzebna. Wytłumaczono nam, że naczyniaki to najczęściej niegroźne zmiany skórne, będące grupą dodatkowych naczyń krwionośnych. Są częstsze u wcześniaków i dziewczynek, ale zazwyczaj znikają przed upływem pierwszego roku życia. Blanka w wieku 5 miesięcy nie miała już po naczyniaku najmniejszego śladu.
Szok 4 – one mi wybuchną!
Termin nawału pokarmowego, jak każda dobrze wyedukowana młoda matka oczywiście znałam. Ale albo nikt mi tego tak obrazowo nie opisał, albo wyobraźnia wyłączyła mi się całkiem pod koniec ciąży. Gdy w końcu ten cały mleczny armagedon nastąpił, myślałam, że oszaleję. Mleka miało być dużo, ale że aż cycki spuchną mi jak balony i będą przypominać takie, jak u gwiazdy porno, że będą ciężkie jak głazy, że aż kręgosłup boli, to już nikt nie mówił. Darłam się do męża – „Ku**a, zrób coś bo one mi wybuchną!”. No na szczęście nie wybuchły, choć córka tego nadmiaru odsysać nie chciała. Pomogły zimne okłady, kapusta i kochana pani położna zapoznana jeszcze na patologii ciąży, która przemyciła dla mnie laktator od wrednych pielęgniarek noworodkowych (czy one są wredne w każdym szpitalu, bo gdzie bym o nich nie słyszała, jawią się jak złe wiedźmy?!).
Szok 5 – syndrom matki lwicy
Byłam przygotowana na bejbi bluesa, choć miałam cichą nadzieję, że mnie nie dotknie. Nasłuchałam się o nim na szkole rodzenia… Ale nigdy nie spodziewałabym się, że nastąpi u mnie nadprzyrodzona moc i istny
syndrom wicia gniazda… Czyli praktycznie odwrotność tych słynnych niebieskich dni…
Denerwował mnie każdy, kto miał inne zdanie niż ja względem opieki nam MOIM dzieckiem, miałam ochotę wyeliminować przynajmniej połowę osób z otoczenia, żeby mi się nie wpierniczali. Bo przecież ja wiem lepiej! Na szczęście po drodze nikogo nie zagryzłam… Cześć z was czytała pewnie post
„Jak stałam się (matką) lwicą.”, jak nie to zachęcam. A bejbi bluesa w baaardzo dziwnej formie też miałam. Dziś, jak go wspominamy, płaczemy ze śmiechu! Opowiem kiedyś. 😉
A na zdjęciach dwutygodniowa Blanusia i matka, która już oswoiła się z poporodowymi szokami. 😉
Jak w tym temacie było u was? Co najbardziej was zaskoczyło?
Jeśli spodobał się wam ten post, pewnie chętnie przeczytacie też: