Sama byłam wśród takich osób. Część zachowań mnie irytowała, część mnie śmieszyła… Czasami wygłaszałam poglądy, mimo, że dziś wiem, że nie miałam jeszcze pojęcia o życiu, a co dopiero o wychowywaniu dzieci. Biję się w pierś – „mea culpa”! 😀 Ale los przytarł mi noska, bo mam w domu takiego małego urwisa, który sprawił, że wszystkie te wcześniejsze twierdzenia można między bajki włożyć.
Te dzieciary takie rozwydrzone, bo sobie rodzice poradzić nie potrafią…
Tak jakby na bunty dwulatka i inne takie, ktoś miał mądry i niezawodny sposób. Byłam przekonana, że zachowanie dziecka, histerie, pokładanie się na ziemi itp itd. powodowane są brakiem konsekwencji rodziców, brakiem poświęcania czasu na tłumaczenie, rozmowy, może czasami brakiem odrobiny rygoru… No stoją i nie reagują, to się dziwią, że dzieciak zachowuje się, jak w buszu… To przecież takie proste. Zanim jeszcze się Blanka urodziła, miałam już sprawdzone sposoby na takie problemy, które okazały się bezużyteczną teorią. Gdy Blanka się urodziła, była niemowlakiem i płakała gdzieś wśród ludzi, było mi aż wstyd, że nie umiem sobie poradzić. Paranoja! Teraz, gdy w grę wchodzą prawdziwe bunty, mam w nosie innych bezdzietnych, którzy też sami muszą się przekonać na czym życie rodzica polega. Mam czasami takie dni, że Blanka „robi wioskę”, a ja nie reaguję bo a) nie mam już siły po całym dniu użerania się z buntami, b) akurat mała ma okres, że reakcja pogarsza sytuację, c) takie zachowanie są już normą, więc zdarza mi się, że ich nie zauważam w porę. 😀 Tylko skąd ja mogłam to wiedzieć kilka lat temu?



Co za nudni ludzie z tych młodych rodziców…
„Przysypiają koło 23, no na samym początku imprezy… I upijają się dwoma kieliszkami wódki. Śmiechu warte, zgredy takie!” Teraz jak od 2 lat nie przespałam całej pełnej nocy, tak co najmniej do 6 rano, już rozumiem wszystko i się nie dziwię. Staram się zaradzić pijąc hektolitry kawy przed każdym spotkaniem, ale sorry, bywam pewnie nudna. 😀
Tablety kupują, bo im się dziećmi zajmować nie chce!
Do dziś pamiętam pewną reklamę. Rodzice z dwójką dzieci jadą na wakacje. Z tyłu, gdzie siedzą latorośle – istny pogrom. Oczywiście pojawia się rozwiązanie. Rodzice w drugiej odsłonie podróży kupili sobie w jednej z sieci komórkowych pakiet internetu z tabletem i mają spokojną, błogą podróż. Och, jak my zaśmiewaliśmy się z tego z moim mężem… Że ludzie podatni na reklamę… Że jako rodzice leniwi nieziemsko. I takim leniwym to wszystko wcisną. I co? I teraz sami nie wyobrażamy sobie podróży bez tableta. No chyba, że w środku nocy, gdy Blanka śpi. Bo aż tak nieleniwi nie jesteśmy, żeby się w drodze zatrzymywać co pół godziny, żeby Blanka się na MOPie pobawiła i przestała płakać, stękać i kwękać. 😀 Mało kto chyba jest. Więc, jak czyta to jakiś spec od reklamy – chętnie weźmiemy udział w nagraniu nowej wersji tego spotu sprzed lat. Będziemy bardzo przekonywujący! 😀


I w ogóle ile tych zabawek kupują… Badziewie samo!
Już Wam o tym niedawno pisałam – „5 obciachowych rzeczy, które zrobię w te wakacje i dobrze mi z tym!”. Byłam kiedyś przekonana, że dziecko już od najmłodszych lat trzeba uczyć dobrego gustu i wyczucia smaku. Że zabawki to ładne powinny być. Żeby liczyć je na jakość, nie na ilość itp. Nawet będąc na wakacjach z Blanką – niemowlakiem, przechodziłam koło straganów z pogardliwą miną. Dziś cieszę się na równi z nią, gdy mogę jej zrobić masę radości za sprawą kilku figurek za 10 zł, przypominających podróby kultowych niegdyś Pet Shopów. I co z tego, że są wykonane z kiepskiej gumy, że rozpadną się za chwilę. Że nie są stylowe i modne…? Ta radość, gdy mała obcałowywała każdą po kolei figurkę wyjmowaną z pudełka, jej słodki uśmiech i oprowadzanie figurek po murku na nadmorskiej promenadzie – taki widok to miód na serce rodzica. Chrzanić modę i gust. Przyjdzie na to czas…
Dzieci prowadzają na smyczy, jak psa. Pewnie pilnować im się nie chce.
Nadal uważam, że dzieci na tych niby „szelkach”, co to tak nazywają ładnie, żeby nie nazwać po imieniu, wyglądają zabawnie. No, ale cóż – potrzeba matką wynalazku. Choć mi się pilnować Blanki chce, to już wiem, że to wcale nie taka łatwa sprawa. Pisałam już o tym w ostatnim wpisie „Mój ulubiony gadżet do dręczenia małego urwisa.”. Smyczka podziałała i już coraz częściej chodzimy z Blanką za rączkę, spokojnie, jak ludzie. W sensie dwoje ludzi – mały i duży, a nie jak pańciunia z yorkiem jakimś czy ratlerkiem. 😀 Chętnie pożyczę w przyszłości jakimś aktualnie bezdzietnym szydercom, jak sami zmęczą się lataniem za małym strusiem pędziwiatrem. Chociaż najpierw się popastwię, śmiejąc się z ich starań… 😀



Coś dodacie do mojej listy? A może byliście zdecydowanie bardziej wyrozumiali? 
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
Nie sól, nie przyprawiaj, nie słódź… I sama se to jedz!
Matka z blokowiska, czyli mój dzień świra…
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też mają swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

