Tak przynajmniej twierdzą socjologowie, którzy tłumaczą niewesołe statystyki. Podobno u osób zawierających małżeństwa wcześniej niż przed 28 rokiem życia, ryzyko rozwodu w przeciągu 5 lat od ślubu jest dużo większe… Jak dla mnie, nie ma większej bzdury!
To niby dlatego, że skraca się młodość i zbyt wcześnie zwalają się na człowieka codzienne problemy, że konieczne jest nabranie odpowiedzialności, a u bardzo młodych osób o to trudno. Że najpierw przyda się stabilizacja finansowa i takie tam. Że warto się wyszaleć, żeby nie żałować…
No to zgodnie z tymi radami, za mąż mogłabym wychodzić dopiero za niespełna rok. Na szczęście tak się składa, że w ostatni weekend stuknęło nam pierwszych 5 lat małżeństwa, więc ryzyko zaczyna już maleć. Uff! Kamień z serca. 😀

W jakim wieku wziąć ślub?
Sezon ślubny trwa w najlepsze, więc na blogach i portalach internetowych zaroiło się od ślubnej tematyki. Głównie w aspekcie tego, co zrobić, żeby żyć w małżeństwie szczęśliwie i nie pozabijać się, przynajmniej nie przedwcześnie. 😀 Ja nie będę Wam udzielała takich rad, bo choć uważam, że żyjemy z moim mężem szczęśliwie, to nie jesteśmy jakimś wybitnym wzorem do naśladowania. Ba! Nasi sąsiedzi, to pewnie nawet kciuki trzymają, żebyśmy się rozwiedli i nie zakłócali już spokoju małżeńskimi „sprzeczkami”. 😀 Mimo to za nic w świecie nie cofnęłabym tamtej decyzji. Czytając te wszystkie artykuły, niedawno znalazłam tekst o tym „W jakim wieku najlepiej wziąć ślub?”… A, że moje zdanie jest zgoła odmienne od tego, który prezentują socjologowie i statystycy, to postanowiłam właśnie o tym napisać z okazji naszej 5 rocznicy ślubu. 
Pewnie sporo osób nie wierzyło w to, że nasz związek małżeński będzie czymś trwałym, a nie tylko zabawą w dorosłość. Teraz jest przecież moda na jak najdłuższe przeciąganie nie tyle młodości, co nawet dzieciństwa. Gdzieniegdzie nawet 25-latków traktuje się jak dzieci. To dla mnie chore i nienaturalne. Jak tak dalej pójdzie, jeszcze w domach starców będą przebywać same mentalne małe dziewczynki i beztroscy chłopcy. Mimo takich trendów, jakoś razem z moim mężem żyjemy i mamy się dobrze. Mimo, że wiele osób na wieść o naszych planach, które zaczęliśmy realizować organizując ślub, gdy miałam jeszcze 20 lat, pytało – „To kiedy te chrzciny?”, bo nie chciało wierzyć, że to własna, nieprzymuszona niczym i nie przyspieszona decyzja… Mimo, że nawet ksiądz w trakcie kazania na naszym ślubie, mówił o rozwodach… 😉


Czy zamążpójście we wczesnym wieku skraca młodość? Jeśli ktoś ma stałego partnera i takie obawy, to chyba raczej lepiej odpuścić sobie snucie marzeń o małżeństwie z tym osobnikiem… No bo niby w czym ma taki mąż przeszkadzać? Jak normalny z niego człowiek, z którym fajnie i wesoło się żyło przed ślubem i korzystało się z uroków młodości, to nic się w tym temacie nie zmieni. Mi się żyło nawet weselej i lepiej po ślubie, bo przeszłam pod „opiekę” męża i rodzice już nie stękali mi nad uchem i nie kontrolowali ( kocham Cię droga mamusiu
). Mając takie podejście, że ślub skraca młodość, nie powinno się wstępować w żaden, nawet nieformalny związek, bo być może tą młodość ograniczy… Nie należy też iść do pracy, bo wtedy trudno już latać po klubach w środku tygodnia. W sumie, jakoś tam młodość ograniczają też studia, bo w trakcie sesji nie można podróżować, imprezować itp. itd… I co, nie będziemy tego wszystkiego robić aż do 28 roku życia? No i tak wracając do tego ślubu, to czy „przedłużając sobie młodość” do okolic 30-tki będziemy mieć pewność, że trafi się później nam fajny kandydat na męża? Bo ja myślę, że spora większość będzie już obchodzić kolejne rocznice ślubu z bardziej „prędkimi” dzierlatkami.

Podobnego do mojego scenariusza życzę własnej córce. Nie uważam, że skróciłam sobie młodość. Wprost przeciwnie, powoli, płynnie wchodziłam w dorosłe życie. Najpierw jako młodziutka dziewczyna poznałam odpowiedniego faceta, zaczęłam z nim mieszkać, ale jeszcze bez większych zobowiązań, bez kredytu, w trakcie studiów, jeszcze z wpadaniem na ciągłe obiadki do rodziców. Później wzięłam z Nim ślub i jeszcze trochę pożyliśmy po „małolacku”, niby dorośle, ale wciąż jakoś tak beztrosko. Dopiero po jakimś czasie przyszedł czas na kredyt i większą powagę w życiu, a wreszcie na dziecko, które dopiero w pełni zakończyło moje dzieciństwo, bo chyba do chwili porodu byłam jeszcze ciutkę dziecinna. Wczesny ślub nie skrócił mi młodości, ale upłynnił przejście w prawdziwą dorosłość.
Miło było wspólnie kształtować się razem z moim mężem, który i tak wydawał mi się na maksa dojrzały, choć tylko 3 lata ode mnie starszy. Nie wyobrażam sobie, co bym zrobiła gdyby w krótkim okresie spadło na mnie życie małżeńskie, gotowanie obiadków, spłacanie kredytu, staranie się o dziecko, pieluchy… A przecież tak się dzieje, u kobiet, które później wychodzą za mąż, że często chcą teraz, zaraz mieć dzieci. I pewnie nie jest im z tym aż tak ciężko, bo są już dojrzalsze. Ale ja lubię właśnie to, że małżeństwo kojarzy mi się nie tylko ze stabilizacją, odpowiedzialnością, powiększaniem rodziny. Gdy myślę o moim małżeństwie widzę nasze pierwsze lata pełne imprez, podróży, zabawy i śmiechu. Jakoś dzięki temu łatwiej mi przetrwać trudy dzisiejszej codzienności, wspólnego użerania się z utrzymywaniem domu, wychowywania córki… Może byliśmy jeszcze nie do końca dojrzali. Ale kto wie, czy po latach nie bylibyśmy za bardzo dojrzali, za bardzo kombinujący, kalkulujący, by zacząć wspólne życie? Podobno po 32 roku życia wychodzić za mąż też nie dobrze, bo człowiek ma z kolei za bardzo wygórowane wymogi. Tylko komu uda się wstrzelić właśnie w te 4 najlepsze niby lata?
I gdzieś mam te trendy wiecznej młodości. Wolę być „starą” żoną, co „skróciła sobie młodość” niż sfrustrowaną starą panną, a po latach samotną staruszką z hodowlą kotów… Absolutnie nie wpisuję się w te dzisiejsze mody i ich nie popieram. Jeśli komuś nie trafia się odpowiedni facet, to nie ma sensu na siłę wychodzić za mąż, bo to już nie te czasy. Ale bez sensu jest też dla mnie przedłużanie tych typowo młodzieńczych lat w nieskończoność…
Ja dobrze wybrałam. I choć przed wejściem do kościoła nogi drżały mi, jak galareta, to nie dlatego, że miałam wątpliwości, ale dlatego, że nagle nabrałam świadomości, jak ważny to w moim życiu moment. Małżeństwo to dla mnie przede wszystkim Ja i On, tacy sprzed tych 5 lat, jeszcze spontaniczni, beztroscy, pozytywnie nastawieni, zakochani do szaleństwa, myślący w samych superlatywach o przyszłości. O takich Nas lubię pamiętać i takich Nas w sobie pielęgnować.

Wszystkiego dobrego drogi Mężu! 😉
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
Miłość w dobrym stylu – a może po francusku?
Dobrze radzę – nie rozmnażajcie się!
Upierdliwa teściowa jest babcią…
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

