„Bądź dumna ze swoich rozstępów”, „Pokochaj swoje ciało po ciąży”, „Pożegnaj się z kompleksami”. Jesteśmy teraz zarzucane takimi hasłami. Powiem Wam, że większość z nich zwyczajnie mnie irytuje. To takie amerykańskie, wierzmy w siebie bezgranicznie, nawet jak robimy z siebie idiotki. Kompleksy po ciąży są czymś naturalnym, ale wierzę, że można z nimi walczyć dużo mądrzej…
Policzyłam swoje kompleksy. Wyszło mi 6 rzeczy, które bym w sobie z ogromną chęcią zmieniła. Zawsze jakoś tam były ze mną, ale po ciąży w pewnym sensie się nasiliły. Każda z nas ma jakieś tam kompleksy po ciąży. Nie zamierzam przez to strzelić sobie w łeb, nie dostaję też depresji, kiedy patrzę w lustro, ale wcale nie mam w planach tych wszystkich moich większych lub mniejszych mankamentów pokochać. Na pewno nie w taki sposób, w jaki proponuje nam się to teraz w mediach. Wywalmy wszystko kawa na ławę i łaźmy jakimi nas Bozia stworzyła, a ciąża „poprawiła” co nie co… I jeszcze bądźmy z tego dumne, bo nasze ciało jest pamiątką po ciąży… Nie no, daleko mi do takiego podejścia!
Jest jeszcze druga grupa kobiet, ta od Chodakowskich, Lewandowskich i innych Mel B., która zarywa nocki, jak już dzieciarnia śpi, żeby tylko uzyskać perfekcyjną figurę i tematu kompleksów po prostu nie znać. Nie powiem, podziwiam i mam nadzieję, że kiedyś polubię się z takimi słowami, jak „konsekwencja” i „motywacja”. Jak na razie niestety mi do nich daleko. Ale dziś nie o tym…


Co z całą masą kobiet pomiędzy? Tymi, które nie potrafią i nie chcą z dumą prezentować swojego nieidealnego ciała, ale też nie wychodzi im za bardzo doprowadzanie go do perfekcji? Znam takich mnóstwo… Moja rada? Nie załamujcie się, ale też podzielcie przez 5 te wszystkie rady o samoakceptacji. Można je między bajki włożyć. Są najczęściej wypowiadanie z kłamaną skromnością przez osoby, które nie mają sobie prawie nic do zarzucenia, albo przez takie, których wyglądu wcale nie ma się ochoty powielać.
Tego, czego nie lubimy w swoim ciele nie trzeba kochać, ale warto to zwyczajnie zaakceptować. I wcale nie do tego stopnia, by prezentować wszystko to na plaży w skąpym bikini. Ale na pewno na tyle, by bez tremy przelecieć na golasa z łazienki do sypialni. Jeśli zaakceptujemy nasze kompleksy i nabędziemy świadomości własnego ciała, bez problemu możemy, tak wszystko ograć, żeby wyszło na naszą korzyść. Zapoznanie się z naszymi kompleksami, a nie zamiatanie ich pod dywan, może nas doprowadzić do dużo lepszego wyglądu, a w rezultacie do prawdziwego zapomnienia o takich zmorach, jak rozstępy, czy dodatkowa fałdka na brzuchu. Przecież mówią, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal… I w sumie, taka racja!


Zastanówcie się. Kto lepiej czuje się z sobą? Kobieta, która jest świadoma, że ma rozstępy na brzuchu po ciąży, których nie lubi i wskakuje przez to na plaży w jednoczęściowy kostium, który je ukrywa… Czy taka, która namówiona do nie zawracania sobie głowy kompleksami właduje się w bikini, a potem załamie się podczas oglądania zdjęć z wakacji?
Ja zdecydowanie wolę być w tej pierwszej roli. Moda daje nam teraz takie pole do popisu, że naprawdę można coś sobie idealnie dopasować. Nawet na plaży sprawa nie kończy się na bikini. Można wybrać kostium jednoczęściowy, albo tankini (takie z majtkami i bluzeczką), można wskoczyć w monikini (takie z wyciętymi boczkami w miejscu talii, by być bardziej seksi). Nie trzeba zaraz zarzucać na siebie długiego parea, które uniemożliwi nam zabawę z dzieckiem na plaży. W sklepach jest cała masa spódniczek plażowych, takich kąpielowych, które są wygodne, a nie krępują ruchów. Ja na swoim tegorocznym urlopie miałam ze sobą masę takich ciuszków, jakąś półprzezroczystą tuniczkę plażową, na inny raz spódniczkę mini z muślinu, albo koronkowe, krótkie pareo… Niestety nie wykorzystałam ich, bo pogoda wymagała konkretniejszego zakrycia się…
Tak samo jest z ubraniami na co dzień. Masz ochotę na miniówkę, a przeszkadza ci cellulit? Czemu by jej nie założyć?! Wybierz dłuższą spódnicę z półprzezroczystego materiału, spod której prześwituje mini haleczka, a też będzie widać Twoje nogi, tyle, że w dużo bardziej ulepszonej wersji. Możliwości jest masa! Dzięki ich wykorzystaniu, gdy oglądam zdjęcia nie załamuję rąk, że tu mi coś wisi, tam się ulewa, gdzie indziej fałduje. Co więcej, wydaje mi się, że jestem całkiem niczego sobie dziewczyną. Mam w sobie dużo więcej radości i pewności siebie.


A wszystko to dzięki moim kompleksom. Wcale nie zamierzam o nich zapominać. Wprost przeciwnie, bo dzięki nim jestem bardziej zadowolona z siebie. My matki mamy w sobie moc! Potrafimy dobrze kombinować z wychowywaniem dzieci, czemu by nie włożyć trochę myślenia w dbałość o siebie i nie znaleźć złotego środka także na własny wygląd? Bardzo Was do tego zachęcam. Dla mnie właśnie to jest klucz do prawdziwej samoakceptacji.
Blanka:
jeansowa kurtka – Zara
kapelusz – Reserved
sukienka – H&M
Natalia:
jeansowa kurtka – Zara
sukienka – Mango
kapelusz – Stradivarius
kolczyki – H&M
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
Gorzka prawda (???) o polskim macierzyństwie
Twoje 5 minut dla urody – codzienny makijaż mamy
Moje urodowe traumy + ekstra domowe zabiegi
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też ma swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

