Jeśli komuś jest szkoda, że nieubłagalnie zlatuje nam już druga połowa lata… Jeśli ktoś czuje już na plecach powiew jesieni i wizję spadających liści… I jeśli ten ktoś ma z tego powodu choćby lekki smuteczek, to to jest wpis, dzięki któremu znienawidzi lato i nie będzie mu już żal, że za chwilę odejdzie i wróci dopiero za rok. 😀
„Niecierpię niecierpieć”. Tak mawia Smerf Maruda. I w sumie, to mogę się pod nim podpisać. Tak własnie jest ze mną i z latem. No bo kocham lato, a jednocześnie go niecierpię. A jak się niecierpi, czegoś co się równocześnie uwielbia, to szczerze można to niecierpienie znielubić.
Kocham zrywać polne kwiaty podczas rodzinnych spacerów i robić z nich nieudolnie bukiety, a nawet wianki. Kocham, że po łące można chodzić boso i tak miło trawa łaskocze w stopy. Kocham, że na randkę można wyjść z mężem w mini, jak za dawnych studenckich czasów, gdy jego ręka na moim gołym kolanie powodowała, że motyle w brzuchy były jak po amfie. Kocham, jak leżymy wszyscy wieczorem na kocach przy ognisku i czas zatrzymuje się na chwilę. A ja mogę bezkarnie przytulać Blankę, która jest tak umęczona całym dniem spędzonym na powietrzu, że wreszcie nie zgłasza protestów.

Kocham lato! I mogłoby trwać cały rok… Aleee!
Sielankę zawsze kurde przerywa coś, co jest niby cholernie ważne, coś, co coś tam zapyla, albo kogoś zjada, a dla kogoś innego stanowi szamę. I to coś mnie wkur**a tak, że już tego lata, nie lubię, nie kocham, nienawidzę nawet! I w sumie, to niech już przychodzi ta jesień, albo najlepiej zima. Niech będzie już Gwiazdka, Mikołaj, Sylwester, narty, sanki i inne bajery.
Bo jak tu spokojnie można cieszyć się tą miłością do lata, jak te zrywanie kwiatów do polnego bukiety przerywa jakaś bzycząca rura zwana osą, albo jakąś w ogóle inna osa na odżywkach, zwana trzmielem. Nawet sobie jagodzianki na plaży nie opierdzielę, bo nazlatuje się natrętów cały rój. Piwka sobie nawet w tym pięknym plenerze nie wypiję, bo z każdym łykiem boję się, że w nanosekundzie w której akurat nie patrzyłam na puszkę rzeczony natręt wleciał do puszki i zaraz sprawi, że zejdę z tego świata w jeden z najgłupszych możliwych sposobów.

No i co z tego, że tą mini założę na rankę z mężem, jak zanim to kolano mi wygłaszcze, to komary już mnie tak pokąsają, że kolano będzie niewyjściowe, jakby parchate jakieś, a w głowie będę mi nie amory, tylko jedno pytanie. Czemu do cholery kładę tą hybrydę na paznokcie i nie są już takie ostre, żeby rozdrapać te ukąszenia, bez najmniejszych skrupułów dla urody kolana, bo tak mnie swędzi?! Romantycznie, bosymi stopami o poranku też sobie nie pochodzimy, bo przecież jakaś ohydna żaba może zaraz skoczyć mi na gicoła i rozedrę się tak, że mój mąż tuż po trzydziestce będzie musiał zanabyć aparat słuchowy. A z tym leżeniem na kocu, obok ogniska, to też może się skończyć tak, jak u nas ostatnio, że mnie mrówki zeżarły gorzej niż jakąś Telimenę.
I jak tu kochać to lato, skoro produkuje tyle parszywych, uciążliwych „gnid”?
No jak…? Jak ja mam je kochać, gdy po tym ognisku i tych mrówkach, nie spałam całą noc, bynajmniej nie dlatego, że tak zabalowałam, tylko drapałam się jak dzika po całym ciele i pomstowałam na te niedrapiące paznokcie.
Nie pomagało nic. Ale teściowa poratowała mnie znienawidzonym dotychczas przeze mnie produktem. Śmierdzącym, klejącym, kojarzącym mi się głównie z imprezami imieninowymi z lat 90-tych. Octem. Kurde, jak on działa bezbłędnie. Szczypie, jak cholera, ale działa! I tak sobie pomyślałam, że muszę Wam o nim napisać. No jest mistrzem! I to nie tylko, wtedy, gdy Perfekcyjna Pani Domu czyści pralkę, albo inną zmywarkę. Zaraz przypomniało mi się też, jak mama przebierała kiedyś zbyt gorliwie owoce w warzywniaku i upierniczyła ją osa, a bystra właścicielka lokalu, momentalnie przykroiła cebulę i przyłożyła do ukąszenia. Zniknęło dużo szybciej niż by to wskazywały statystyki rannych w letnich wojażach. Podobno, dobrze działa też kapusta, bo ściąga opuchliznę, ale my matki to już ją znamy, bo prawie każda z nas chyba przykładała do cycków przy nawale pokarmowym. Kiedyś to były sposoby. Pewnie i ludzie szaleli bardziej na tych łonach natury 😀 , gdy nie było centrów handlowych i internetu, to jakoś musieli sobie radzić.

W sumie, jakby się zastanowić, to da się z tym latem jakoś żyć. Niech nie odchodzi zbyt prędko.
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
„A w dupie” i kilka innych strategii, dzięki którym wypoczęliśmy na wakacjach z dzieckiem
2 gadżety, dzięki którym zlikwidujesz bunt dwulatka
Facecie! Oto 3 niezawodne sposoby dzięki, którym ona wreszcie przestanie się czepiać
