Od dziecka uwielbiałam makijaż. Będąc córką zawsze umalowanej mamy, uważałam go za coś oczywistego. Pamiętam wakacje, gdy akurat spora część dzieci powyjeżdżała i nikogo nie było na podwórku, zasiadałam przy biurku, rozkładałam wszystkie znalezione w domu lusterka, brałam kosmetyki mamy i malowałam się. I zmywałam… I znowu się malowałam… I tak w kółko. Przychodziłam do mamy po opinię. I w ten sposób pełen makijaż, nawet taki z cieniowaniem powiek i malowaniem ust zajmuje mi teraz jakieś 10 minut. Szybko co? 😉 Ale to i tak za dużo, jak dla mamy małego dziecka, którą jestem teraz… Zwłaszcza na co dzień. Ale 5 minut, to już co innego!
Wiem… Trzeba kochać siebie, akceptować. Żeby nie było – nie kładę się umalowana spać, by tylko mąż nie przestraszył się otwierając oczy nad ranem. 😀 A i takie przypadki znam. To smutne! Dobrze, gdy akceptujemy siebie na tyle i czujemy się na tyle kochane, by bez najmniejszej krępacji paradować przed najbliższymi, nawet w najbardziej „rozmemłanej” możliwej wersji. Makijaż nie ma być nieodłączną częścią nas, bez której czujemy się, jak bez ręki. A jednak mimo wszystko uważam, że zdecydowanej większości kobiet, choć lekki makijaż się przyda. To dobre nie tylko dla wyglądu. Dla mnie to też takie trochę dbanie o higienę umysłu. Nie chce mi się wierzyć, że istnieją ludzie, którym lepszy wygląd nie poprawia humoru. A jeśli tak myślą, znaczy się – jeszcze nie odkryli, jak taki polepszający humor efekt uzyskać.


Każda z nas ma w sobie coś, co by zmieniła. Ja tak mam, Ty tak masz i ona też… Fajnie, jeśli nie przeszkadza nam to za mocno. Ale fajnie też w szybki sposób tak zatuszować sprawę, by popatrzeć w lustro i nie myśleć – „Ale mam cienie pod oczami!”, albo „Te przebarwienia pociążowe są okropne”, tylko „Wow! Jest ok!”.
Wystarczy popatrzeć z rana w lustro i stwierdzić, co tam nam przeszkadza najbardziej. Wtedy będzie wiadomo, na czym się skupić. Nie zawsze ma się siły na „picowanie”, ale warto wyglądać tak by być z siebie zadowolonym. Nawet jeśli oprócz dziecka i własnego faceta, będzie nas oglądał jedynie pryszczaty kurier małolat, albo 80-letni dozorca. Każda z nas ma dany atut, który, gdy podkreśli osiąga efekt „wow”, albo mankament, który, jak zatuszuje, wygląda i czuje się o niebo piękniej!



U mnie ten mankament to cera… Naczynkowa, półprzezroczysta, z przebarwieniami. Nie zawsze ją lubię. Zwłaszcza po nieprzespanej nocy, która przy dziecku zdarza się często. Denerwuje mnie, jak każdy widzi, że się akurat zaczerwieniłam, albo, że mi gorąco. Z mojej cery można czytać wszystko – emocje, samopoczucie itp.. Nie chcę się tak obnażać, dlatego fluid to dla mnie ten makijażowy niezbędnik, bez którego nie wychodzę z domu, chyba, że na jakimś zadupiu w środku lasu. 😀 Z kolei mój atut, który w sobie lubię, to oczy. Mam fajne rzęsy, długie, gęste… Ale jasne. Dopiero, jak je wytuszuję widać, jak pięknie podkreślają oczy.
Mankamentem mogą być blade usta, które gdy pociągniesz błyszczykiem, w pół minuty staną się szałowe, mogą o być cienie pod oczami, które zatuszujesz rozprowadzając tylko korektor pod oczami, może być to bladość cery, której wystarczy jedynie róż na policzkach, by rozbłysnąć… Na co dzień wystarczy odrobina starań, by poczuć się piękniej. Warto poświecić te 5 minut z rana, bo pewność siebie rysuje się wtedy w blasku oczu, a to już wpływa na realne piękno! Pomijając fakt, że jak nas widzą, tak nas piszą, a świeży radosny wygląd z pewnością zostanie doceniony, chociażby przez naszych facetów.



Od lat testuję fluidy. Mam już sporo swoich typów. Najważniejsze jest dla mnie spore krycie mankamentów. Mam swój ukochany podkład na wyjście. Nie nadaje się jednak na co dzień, bo za bardzo „wlepia” się w cerę, co daje mu trwałość, ale wówczas, przy dłuższym stosowaniu, zatyka pory. Mam też kilka ukochanych mazideł na zimę, kiedy to potrzebuję, by fluid chronił skórę przed zimnem, wybieram więc tłuste, gęste podkłady. Na lato, dobranie codziennego fluidu jest dla mnie dużo cięższe. Mało jest kosmetyków, które są lekkie, ale też trwałe i kryjące. Latem skóra musi oddychać, musi być nawilżona, a nie obklejona. Na szczęście kosmetolodzy wciąż pracują, i wymyślają coraz to nowsze receptury…


Mój typ na ten sezon to podkład Cashmere make-up blur, maxi cover. Jest lekki, czuje się go na twarzy tak, jak krem nawilżający, pięknie się wchłania, ale nie obciąża skóry. Składniki podkładu wygładzają cerę, działając jednocześnie jak baza pod makijaż, co pozwala oszczędzić sporo czasu, uzyskując jednocześnie efekt udoskonalający skórę. A oprócz tego podkład zapewnia dokładne krycie, które tak cenię. Świetnie jeśli podkłady jednocześnie pielęgnują nam cerę, a make-up blur maxi cover od Cashmere, właśnie tak działa. Ma w sobie:
• Olej migdałowy, który chroni skórę przed wolnymi rodnikami i zabezpiecza przed utratą wody
• Magnesy wilgoci zapewniające natychmiastowe nawilżenie skóry, poprawiające elastyczność i gładkość
• Ekstrakt ze złotej algi, który wzmacnia i regeneruje barierę lipidową skóry, a także łagodzi podrażnienia i zapobiega zaczerwienieniom
Podkład występuje w 4 odcieniach. Ja na opaloną skórę potrzebuję koloru nude, a na sam początek ciepłych dni – najjaśniejszego, ivory.




Dzięki podkładowi, nawet jak mam najgorszy dzień, minuta roboty i wyglądam o niebo lepiej.
A czego Wy potrzebujecie, żeby w jednej chwilę stać się piękniejsze i bardziej zadowolone z siebie?
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
Kosmetyki dla niewyspanych mam
2 sposoby na kosmetyczny recycling i zaoszczędzenie 300zł
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też mają swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

