Jak wyglądałby Dzień Matki, bez ciebie? Jakie smutne byłyby szkolne przedstawienia? Jakim okropnym dniem byłaby rocznica waszego ślubu…? Twoje urodziny… Pomyślałaś kiedyś o tym, co by było gdybyś…
Wolę nawet tego nie wypowiadać. Ale przyznam szczerze, ja o tym nie myślałam… Bardzo długo….
Co noc chodzę sprawdzać kilkakrotnie, jak tam śpi moja córeczka. Czy nie jest jej za chłodno, ani za gorąco, czy przypadkiem nie przytuliła buzi do materacyka. Cały pierwszy rok jej życia drżałam na myśl o SIDS. Jak tylko zakaszle, wołam domowego lekarza, żeby nie narażać jej na zarazki w przychodni. To samo z mężem. Non stop wysyłam go na różne badania, mimo, że jest przebadany co roku niemalże od A do Z, z racji wykonywanego zawodu. Niepokoję się, jak jest za bardzo ospały, jak za często narzeka na bóle brzucha i pod najgorszymi groźbami i typowymi kobiecymi szantażykami wysyłam na badania. Każę sobie wysyłać smsy, żeby mieć pewność, że bezpiecznie dojechał do pracy. Mamę opierniczałam za palenie, aż udało mi się ją wyleczyć z nałogu. Martwię się, że tyle czasu nie robiła cytologii… Ojca strofuję, jak za tłusto je, albo wciąż bierze te same leki na cholesterol, mimo, że nie wykonuje regularnych badań, które powinny zweryfikować, czy akurat ten specyfik jest na daną chwilę dla niego dobry.
Robię to z troski o nich… Ale nie oszukujmy się, też dla siebie. Świat bez mojej córeczki mógłby przestać istnieć. Co zrobiłabym bez mojego męża? Nikt by mnie nie kochał tak jak on… A mama? Komu bym się zwierzała, kto by mi doradzał, wspierał mnie…? Nie mam złudzeń. Dbamy o naszych bliskich, bo jakie okropne byłoby życie bez najukochańszych osób… One są cząstką nas. Ich istnienie, ich zdrowie jest bezpośrednim wyznacznikiem naszego szczęścia!
To jednak działa też w drugą stronę. Choć często o tym zapominałam. Ja przecież na siebie uważam, ja przecież jestem młoda, dość dobrze się odżywiam. Co mi niby może się stać…? Teraz widzę, jakie to było bezmyślne, choć życie dawało mi tyle przykładów, że młode matki i żony wcale nie są nieśmiertelne.
Pamiętam rodzinę z mojego osiedla, na którym mieszkałam w dzieciństwie. Dość młodzi rodzice z dwójką nastoletnich synów. Wiedziałam co u nich słychać, bo byli znajomymi znajomych moich rodziców. Kobieta zaszła w ciążę. Wydawało mi się to takie fajne, odmładzające dla nich. Słyszałam rozmowy mojej mamy z jej koleżanką, że tamta znajoma miała zaplanowany poród w wodzie w prywatnej klinice. „Jak super, jaka nowoczesna”, myślałam… I doszło do porodu. Kobieta urodziła zdrowego synka. Sama umarła… Nie poruszałam tego tematu z moją mamą. Tak bardzo mnie przerażało, że czyjaś mama umarła tak młodo. Nawet nie pytałam, co i jak. Widziałam tylko na osiedlu smutnych synów tej kobiety wracających ze szkoły… Widywałam jej męża samotnie chodzącego na spacerach z wózkiem… Był taki załamany.
Całkiem niedawno, gdy byłam już dorosłą kobietą, mężatką, usłyszałam, że nowi sąsiedzi rodziców, którzy ledwo z rok temu przeprowadzili się w ich okolice borykają się ze straszną tragedią. Z zewnątrz wszystko wyglądało cudownie. Dwójka małych dzieci, piękny nowy dom… Ale ona, matka i żona miała raka w poważnym stadium… Któregoś razu, latem, późnym wieczorem słyszeliśmy głośną muzykę dobiegająca z ich posesji, były fajerwerki. „Jak cudownie, wygrała z chorobą?”. Nie, to była impreza pożegnalna. Kobieta chciała, żeby jej ostatnie chwile z rodziną i przyjaciółmi, były jak najmniej przykre. Jeśli odchodzenie z tego świata, zostawianie bliskich, małych dzieci w ogóle może takie być. Umarła kilka dni później.
Takich przykładów jest więcej. Pamiętacie Agatę Mróz? Annę Przybylską…
Tego chyba nie trzeba komentować…
A ja? Pewnie, jak większość mam, podczas porodu, myślałam tylko o córce, mimo komplikacji z moim zdrowiem. Jak już okazało się, że jest zdrowa, ale lekarze mieli spore problemy ze mną, wiecie co pomyślałam – „Już wszystko dobrze, ona jest zdrowa, reszta jest nieważna…”. Co za bzdura! Jak żyłaby moja córeczka bez mamy…
Odrzucanie od siebie myśli o własnym zdrowiu, myślenie, że ja to jestem taka niezniszczalna trwało do pewnego momentu. Od porodu, co jakiś czas bolał mnie brzuch w miejscu po cesarce. Tak, jakby ktoś naciskał mocno na siniaka. Bagatelizowałam temat. Aż w końcu poszłam do mojej lekarki. Zrobiła USG, obraz wyszedł niepokojący, od razu z gabinetu zadzwoniła do swojego znajomego ginekologa, specjalisty od USG. Umówiła mnie do niego na wizytę, zrobiła cytologię mimo, że poprzednią robiłam całkiem niedawno. Zaniepokoił mnie ten pośpiech. Rzuciła też parę medycznych nazw, o które nie mogłam przecież nie zapytać dr Google. Wyniki prowadziły do jednego hasła „rak macicy”. Okazało się na szczęście, że obraz z USG to po prostu masa szwów, która nie zdążyła się rozpuścić mimo wielu miesięcy od zabiegu, a ból to wynik niewielkiej komplikacji po cesarskim cięciu, która powoduje dyskomfort, ale którą będzie można usunąć przy ewentualnym drugim porodzie. Na szczęście nic się nie stało, ale od tego momentu uświadomiłam sobie bardziej namacalnie, że moje zdrowie też nie jest niezniszczalne.
Dbam o bliskich, żeby mieć ich przy sobie jak najdłużej. Muszę dbać też o siebie, żeby móc żyć dla nich, być przy wszystkich ważnych momentach w życiu mojej córeńki, móc być dla niej wsparciem… Przede mną jeszcze tyle maminych zadań. Nie mogę jej zawieść…
Życie jest przewrotne, pewnych rzeczy nie przeskoczymy… Ale musimy zrobić wszystko, aby być z ukochanymi osobami… Zdrowie nie jest niestety czymś, co nam się należy z racji młodego wieku, czy tego, że jesteśmy mamami. Nikt tego tak nie wymyślił, choć szkoda… Dlatego ukochana mamo, młoda żono, córko swoich rodziców, siostro swojego rodzeństwa – kiedy się ostatnio badałaś? Zrób to! Cytologia, mammografia, coroczne badanie krwi. To nie zajmie ci dużo czasu. To tylko kilka godzin w roku, które mogą zaprocentować ci długim, szczęśliwym życiem wśród ukochanych osób. No bo kochasz ich prawda? Pokaż to! #mamasiębada
Inspiracją do tego tekstu jest akcja zorganizowana przez Mama Carla, która zrobiła na swoim blogu świetną, wartościową blogową inicjatywę #mamasiębada i zaprosiła mnie do udziału w niej.
To jak drogie mamy? Badamy się?
Jeśli spodobał się wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
5 moich szoków poporodowych
Gorszy poród?
Mi nigdy się nie uda…
Będzie mi też bardzo miło jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na wszystkie zawsze odpowiadam. Super jeśli polubisz bloga na Facebooku, albo udostępnisz ten tekst swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!




