Nie zobaczycie mnie u fryzjerek, kosmetyczek i innych podobnych „cudotwórczyń”. Już wystarczająco dużo krzywd mi wyrządziły. Trauma chyba nigdy nie minie… 😀 No nie mam jakoś szczęścia do takich profesjonalnych zabiegów. Dzięki nim byłam już między innymi sobowtórami gnijącej panny młodej i… Breżniewa.
Pierwszy raz sparzyłam się na „profesjonalistkach” jako 17-latka. Poszłam zrobić hennę na brwi, by być najładniejszą laską na obozie żeglarskim. 😀 Niestety pani kosmetyczka się zagadała i zostawiła mnie z tą mazią o wiele za długo, całość rozpłynęła się poza obrys brwi. Gdy zorientowała się co narobiła, nie pozwoliła mi zerknąć do lusterka. Uparłam się. I popłakałam. Pani próbowała ratować sytuację i chciała rozjaśnić mi efekt Breżniewa za pomocą wody utlenionej. Finał był jeszcze gorszy, bo całość zrudziała. Zamiast być najlepszą laską, byłam chyba największym popaprańcem z wyglądu na wszystkich jeziorach mazurskich tamtego lata…
Drugi raz był przed studniówką. Zapuszczałam włosy bardzo długo. Na jakiś tydzień przed poszłam na podcięcie grzywki i końcówek. Tyle, że dla pani fryzjerki „końcówki” zniszczone były na jakiś 20 centymetrach… Z długich fal wyszedł paź. A skrócona grzywka, była radykalna jak u Jagi Hupało – taka 3 centymetrowa, co umówmy się, z moją pyzatą buzią wyglądało bardzo komicznie. Przerażenie w oczach mojej mamy mówiło samo za siebie. Już wiedziała, jakie histerie będę ostawiać w domu. 😀 Był powód.
Później było tylko lepiej… Swój naturalny kolor włosów mam taki „słomkowy”, mama zawsze rozjaśniała mi kilka pasemek dla dodania takiego blasku. Jak poznałam mojego męża coś mnie podkusiło. Poszłam na rozjaśnianie, miało być delikatnie… Wyszłam z walącą po oczach bielą… Nawet to polubiłam, stwierdziłam, że zrobię się na Gwen Stefani i będzie bomba. 😀 Ale po latach słuchania od taty, babci i innych przyjemniaczków o moim „białym łbie”, postanowiłam włosy przyciemnić. Miał być średni blond. Wyszłam z salonu jako brunetka. Pani powiedziała, że po paru myciach kolor będzie taki jak chcę. No to w przeciągu godziny umyłam głowę trzykrotnie. Za trzecim razem po zdjęciu ręcznika z głowy i podsuszeniu włosów stanęłam jak wryta. Kolor khaki! Wojskowa zieleń, czaicie? Wyobrażacie sobie mnie w takim looku? 😀 Lepiej nie, bo jeszcze się Wam przyśnię. 😀 Było bardzo źle. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam mamie mms-em. Przyjechała na sygnale i zabrała mnie do tamtego salonu z reklamacją, jak małą dziewczynkę, mimo 23-lat. 😀 Ja byłam w takim szoku, że nie byłam w stanie mówić. Już nawet nie płakałam, a to u mnie świadczy o załamaniu nerwowym. 😀 Panie kolor ściągnęły, ale włosy były tak popalone, że znowu musiałam się polubić z paziem.
Po latach zostawiłam sobie tylko chodzenie „na paznokcie”. Po przeprowadzce pożegnałam moją dawną manicurzystkę i wyszukałam nową koło mojego domu. Wszystko było dobrze do momentu jak nie była przekonana, że już zwabiła mnie do swojego salonu na stałe. 😀 Potem cały siuwax zaczął mi odpadać po kilku dniach, a na każdą imprezę szłam z duszą na ramieniu, że mi część paznokcia publicznie wpadnie do zupy. 😀 Nie wiem czemu miałam akurat taką wizję upokorzenia w towarzystwie, ale ten koszmar był bardzo prawdopodobny. Odpadanie paznokci jakoś bym jej jednak wybaczyła, gdyby nie fakt, że poszłam też na pedicure. W ciąży, z wielkim brzuchem było mi bardzo ciężko schylać się do stóp, miałam wrażenie że się uduszę, lub co gorsza uduszę Blankę. Siedziałam więc sobie spokojnie się relaksując, plotkując, a pedi było robione. Tylko jak… Tak że wylądowałam na zabiegu u podologa z wrastającym paznokciem. Nie polecam tej przyjemności nikomu. Ból jak cholera był! Nigdy więcej nie dam nikomu obcemu dotknąć się do moich stóp! W następnej ciąży wolę już chodzić zawsze w zakrytych butach, jeśli przypadnie na lato… 😀
Z cudzych przypadków znam jeszcze koleżankę, która miała mieć nowoczesną trwałą, a wyszła z salonu przypominając pudla. Inną, która poszła zrobić sobie rzęsy 1:1 a wylądowała na chorobowym z jakimś zakażeniem oczu. Jeszcze inna leczyła dermatologicznie wysypkę na twarzy po wizycie u kosmetyczki. A ostatnia miała mieć wyrównaną dysproporcję warg za sprawą makijażu permanentnego i skończyła z jeszcze większą wargą dolną, a mniejszą górną. Brrr… Aż ciary mnie przechodzą.
To chyba nie dziwicie mi się, że nie chodzę po „specjalistkach”? O pardon, na mani jednak chodzę, znalazłam babeczkę, która nie traktuje zawodu, jako łatwego koła ratunkowego na zarobek, tylko lubi robić to co jej dobrze wychodzi. Są profesjonalistki w swoich dziedzinach, ale wyjątkowo ciężko takie znaleźć. A ja dodatkowo nie mam szczęścia. I nawet jak trafi się do dobrego salonu, to można mieć przyjemność kontaktu z wadliwym egzemplarzem wśród pracownic i mocno odchorować te „pięknienie” zarówno fizycznie, jak i psychicznie. A że ceny różnych zabiegów są astronomiczne, to ja już wolę być sama dla siebie fryzjerką i kosmetyczką. W niektórych kwestiach dochodzę do perfekcji. Ja i moja mama, bo niektóre zabiegi wykonujemy sobie nawzajem.
To nie tylko oszczędne, ale i praktyczne. Ostatnio szykowaliśmy się na wesele u męża rodziny. Podczas gdy szwagierki i teściowa latały po fryzjerach, ja spokojnie popijałam kawę w wałeczkach, z maseczką na twarzy. Cenię sobie ten spokój.
A tak a propos maseczek. To przed wielkim wyjściem zawsze robię sobie dwa dni takich zabiegów. Peeling + maseczka dzień przed, i peeling i maseczka w dniu imprezy. Ostatnio odkryłam 3 świetne zabiegi, które gorąco Wam polecam. Są marki Yoskine, której wcześniej nie próbowałam, ale po tych maseczkach z pewnością jej się przyjrzę.

Termo oczyszczający zabieg wulkaniczny, Yoskine, seria Asayake Pure
Uwielbiam maseczki termoaktywne, rozgrzewające i stosuję je od dawna, bo fantastycznie zwężają pory, nadając cerze zdrowego blasku. Zabieg skłąda się z dwóch etapów peelingu i maseczki.
Ten peeling to nie jest taki zwykły peeling. Zawiera ścierające granulki oraz drobinki Zeolitu, które po nałożeniu na wilgotną skórę doprowadzają do reakcji termicznej. Pod jej wpływem skóra rozgrzewa się, otwierają się pory, a następnie usuwane są zanieczyszczenia i nadmiar łoju. To chyba najlepszy peeling jaki kiedykolwiek stosowałam.
Drugi krok to maseczka. Zawiera bio-aktywną glinkę z lawy wulkanicznej, która oczyszcza pory, a następnie je zamyka wyraźnie zmniejszając widoczność wszelkich nierówności na skórze. Cudo!
Ten zabieg to dla mnie totalny hit hitów! Najlepszy, jaki do tej pory kiedykolwiek stosowałam.
Lodowy Lifting, Yoskine, seria Maryoku Excellence
Ten zabieg zastosowałam w dniu imprezy. Fantastycznie orzeźwił moją skórę mimo ogromnego upału za oknami.
Pierwszy etap to diamentowy peeling. Cera jest dzięki niemu odświeżona i jakby obudzona do dalszych zabiegów.
Drugi etap to lodowa maska silk-lift. Nici jedwabiu i nawilżająca woda z lodowca zapewniają aksamitną gładkość od razu po aplikacji. Po zabiegu poczułam się świeżo i tak rześko. Wyglądałam tak samo, jak się czułam. 😀 Warto jednak koniecznie wsadzić saszetkę do lodówki na jakąś godzinkę przed użyciem.
Weekendowy zabieg japoński, Yoskine, seria Kirei Lifting
Ja zastosowałam go po imprezowym weekendzie, żeby „zdjąć” oznaki niewyspania i zmęczenia. To nic innego, jak trzy maseczki na noc. Producent zachęca do wykonywania ich piątek, sobota, niedziela. I to fajny pomysł na regenerację dla zapracowanych, narzekających na brak czasu mam.
Dwie pierwsze maseczki – piątek i sobota, zawierają miks kwasu glikolowego i migdałowego. Likwidują więc martwy naskórek, wygładzając skórę. Zabieg jest dość silny, więc nie polecam dla bardzo wrażliwej skóry.
Ostatnia maseczka – niedziela, zwiera sferulity retinolu i wypełniający skórę BIOLIPID Booster, które niwelują zmarszczki i regenerują głębokie struktury skóry. Maska udoskonala cerę czyniąc ją wypoczętą, nawilżoną, jedwabiście gładką i pełną energii w poniedziałkowy poranek.


![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
2 sposoby na kosmetyczny recycling i zaoszczędzenie 300 zł
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na większość staram się odpowiadać i zaglądać do każdego komentującego, jeśli też mają swoje miejsce w sieci. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

