Nie lubię przypinania dzieciom łatek, ale na potrzeby tego wpisu użyję kilkakrotnie słowa „niejadek”. No bo jak inaczej w skrócie nazwać małego człowieczka, dla którego każda, nawet najmniejsza atrakcja, czy jakikolwiek bodziec jest ważniejszy od jedzenia?
Tak właśnie jest u mojego dziecka. Od jedzenia ważniejsze jest dosłownie wszystko. A do tego, mimo, że od samego początku dawałam jej wybór w doborze smaków, starałam się zapoznawać z różnymi kolorami, zapachami i różnorodnością na talerzu, to i tak na niewiele się to zdało. Efekt jest zawsze jeden – Blanka wybiera tylko to co lubi, a pozostałych posiłków nawet nie dotknie. Stwierdza, że mama nie ma dla niej nic ciekawego do jedzenia i wraca do zabawy. Jej menu sprowadza się więc w efekcie jedynie do spożywania buł, kluchów, serków i budyniu waniliowego. W zależności od nastroju na obiad uda się czasem przemycić też zupę pomidorową, rosół (zaznaczę, że tutaj przecież też są kluchy), albo pierogi (kluchy) i tu już jest super, bo chociaż pojawia się odrobina mięsa.
Przeczytałam masę poradników, chodziłam po lekarzach, zbierałam żywność po całym domu zafiksowując się na chwilę w stronę BLW i stwierdzam, że większość mądrych rad została chyba wymyślona przez ludzi, którzy z niejadkami nie mieli w ogóle „przyjemności” przebywać. Mogę stwierdzić, że po 16 miesiącach życia z niejadkiem mam już pewne spostrzeżenia. Tak tak, Blanka ma rok i 4 miesiące i od samego początku obżartuchem nie była. Są sposoby, które u nas się sprawdzają, więc może i komuś z Was pomogą. Choć nie będę tutaj udawać, że to niezawodne, magiczne rady, które sprawią, że będziecie wciąż słyszeć „am, am”, zamiast oglądać kiwanie główką na nie i zaciskanie ust, aby przypadkiem nie dostała się do nich choć jedna łyżeczka. Ale warto spróbować, bo wiem jak męczący dla rodziców jest niejadek i jak dla niejadka męczący są rodzice, którzy myślą tylko o tym, żeby go nakarmić. 😀


1. Po pierwsze sprawdź, czy nie wymyślasz problemu
Gdy brak zainteresowania Blanki jedzeniem zaczął się zwiększać, a przypadło to na czas nauki chodzenia, więc co innego mogło być dla niej interesujące, zaczęłam się zastanawiać, czy problem nie tkwi we mnie. Może za bardzo mi zależy i wymyślam sobie problem? Zaczęłam więc śledzić siatki centylowe dla maluchów. Nawet w najgorszych momentach mała łapała się w siatce. Ale to nie dawało mi spokoju, bo zdarzały się momenty, że zaczynała chudnąć, a to chyba jeszcze nie czasy na diety odchudzające. Może to wydać się śmieszne, ale zaczęłam jej przez chwilę liczyć dzienną ilość spożywanych kalorii. 😀 Wyliczyłam ich odpowiednia ilość dla wieku i po kilku dniach wyszło, że Blanka je odpowiednie ilości, a delikatnie spada z wagi w momentach, kiedy np. zaczęła chodzić i latała jak szalona, zafascynowana nową umiejętnością, więc też więcej kalorii spalała. Do tego wszystkiego przybyła też moja mama, która pokazała mi moją książeczkę zdrowia, na której było, jak byk napisane, że w Blanki wieku ważyłam tyle samo i miałam taki sam wzrost. Więc co się babo czepiasz do tego dzieciaka, to nie czasy kultywowania filozofii, że baba gruba chłopa chluba, pomyślałam. I odpuściłam. Niech Blanka je ile potrzebuje, byleby w ogóle chciała zasiąść do jedzenia i dała sobie urozmaicać dietę o coś innego niż serki i kluchy. A to też nie lada zadanie…
2. Matka vs. niejadek – udawaj, że Ci nie zależy!
Jakkolwiek by to brzmiało absurdalnie. Tak, to działa! U nas ta zasada sprawdziła się z zaskakująco pozytywnymi efektami. Jedna z niewielu rad mądrych psychologów, która nie brzmi świetnie jedynie w teorii. O tym pomyśle już kiedyś pisałam – O pełnym wyzwań życiu z niejadkiem. Jeśli tak jak my, prawie od zawsze mieliście problem z jedzeniem malucha, zajrzyjcie do tego wpisu, poniżej jego fragment.
„(…)Duży niemowlak czuje już rozłączność z mamą i chce zaznaczyć swoją wolę. Nie lubi więc być nakłaniany i odmawia nawykowo. Wierzę, że to prawda, bo patrząc na moje dziecko, czasami dziwię się, że taki maluch może być już tak spostrzegawczy i inteligentny. Dlatego teraz, gdy Blanka kręci głową przy jedzeniu, zamiast śpiewać, czy pokazywać jej różne zabawki, zabieram łyżeczkę na chwilę. Za drugim razem zazwyczaj otwiera buzię. Myśli, że sama decyduje, chociaż trochę decyduję też ja.”
W myśl tej zasady, jak chcemy by Blanka spróbowała, jakiegoś nowego smaku, zaczęła się do niego przyzwyczajać, nakładamy sobie jedzonko, zasiadamy na kanapie podczas gdy ona bawi się na podłodze. Jemy sobie, jak gdyby nigdy nic, a ona coraz częściej zaczyna przełykać ślinę i w końcu po pewnym czasie podchodzi do nas po „ama” i próbuje. Czasami coś wypluje, skrzywi się i popatrzy z pogardą we wzroku, innym razem zasmakuje w danym daniu bez pamięci. W ten właśnie sposób pokochała wcześniej wspominane pierogi z mięsem. Podstępne, ale działa.
3. ALE! Uwaga na fenomen pierwszej łyżeczki
Tę radę wyczytałam w książkach uwielbianej przeze mnie Pameli Druckerman „W Paryżu dzieci nie grymaszą” i „Dziecko dzień po dniu. 100 złotych zasad francuskiego wychowania”. Otóż znaczna część Francuzów wyznaje zasadę „Po prostu musisz spróbować”. Ale nie, nie, nie chodzi tutaj o szantaż. Tłumaczy się dzieciom, że próbowanie różnych smaków kształtuje gusta, muszą wiec spróbować nowego dania, warzywa, owocu, ale do nich należy decyzja, czy jedzą dalej. Francuskie rodziny uważają, że dzieci, o ile nie chodzi o lody i czekoladę, z dużym dystansem, a nawet z niechęcią podchodzą do nowości kulinarnych. A każdy kolejny raz z nowym smakiem jest dla nich przyjemniejszy.
Powiem nawet więcej, mój niejadek zawsze zakłada, że jedzenie jest „be”, więc nawet, jak nałożę jej ukochany budyń waniliowy, pierwszą łyżeczkę muszę dać za namową. Mówię jej więc „To jest budyń, to co lubisz, spróbuj chociaż jedną łyżeczkę.”. Zazwyczaj po tej pierwszej „wmuszonej” zjada już całą michę, a jak jednak dalej nie chce, mimo „przełamania lodów” z ulubionym daniem, znaczy się – nie jest głodna. Matka cierpliwie czeka.


4. Wymień zastawę dla malucha
Wcale nie chodzi mi tutaj o deliberowanie nad wyższością miseczek z przegródkami, nad tymi bez, albo nad odpowiednią wielkością łyżeczki. To Wy najlepiej wiecie, jakie w tym temacie preferencje ma Wasze dziecko. Ale wiem jedno. Sama nie lubię jeść z plastiku i od jakiegoś czasu nawet na grilla w plenerze zabieramy metalowe sztućce. Plastik zwyczajnie zmienia smak dań. Co więcej – niektóre posiłki zwyczajnie lepiej smakują jedzone rękoma. O, np. pizza, mało znam osób, które nie uwielbiają jedzenia jej łapkami. Odkąd daję Blance jeść niektóre posiłki paluchami, a te płynne podaję łyżeczką metalową, mała dużo bardziej rozsmakowała się w jedzeniu. Pomijając już fakt, że maluchy to małe papugi i szybko orientują się, że same mają szamać miękkimi łyżeczkami, a rodzice mają piękne, błyszczące i stukające łyżki. Poza tym, metalowe sztućce, koją bolące od ząbkowania dziąsełka. Dla mnie są the best!
5. Uatrakcyjnij temat jedzenia
W internetach piszą, żeby angażować malucha, który jest niejadkiem w gotowanie. Sprawdziłam. Było miło, a mała zakochała się w zabawie w gotowanie. Jedyny plus jest taki, że mogę spokojnie wypić kawę, jak ona bawi się zabawkową kuchnią i pół godziny miesza „zupę” w garnku. Nic poza tym. No dobra, nie poddawałam się. Spróbowałam pokazać jej, jaka to miła zabawa karmić się nawzajem, robiłam większe porcje i jadłyśmy z jednej michy. Efekt? Jeśli podawałam jej to co lubi, rzeczywiście jadłyśmy na spółę, jeden kawałek ona dawała mi, drugi ja jej. Ale jak już przyszło np. do pokrojonego jabłuszka, czy banana, Blanka chciała pożywić jedynie mnie i jeszcze się wkurzała jak już nie chciałam jeść, sama buzi nie otwierała za cholerę! 😀 Co więcej, układałam jedzenie w wesołe buźki, kwiatki, wycinałam kanapki foremkami do ciasteczek w kształcie króliczka, czy motylka… Blanka podziwiała mój talent przez chwilę, pobawiła się, jak zabawką i nic poza tym. Żaden z tych sposobów nie był w stanie konkurować z chęcią latania z prędkością światła od pokoju do pokoju, rozrzucaniu klocków, czy przeglądaniu książeczek. Postanowiłam więc być złą matką i mimo, że mądrzy psycholodzy twierdzą, że to niewerbalna przemoc (buahahaha, te wypowiedzi są jak twierdzenia księży katolickich na temat małżeństw – sama pusta teoria). Jak nie jestem wstanie niczym innym zachęcić jej do szamania, włączam pioseneczki na YouTube i Blanka je z uśmiechem na ustach. Nie widzę nic strasznego w tym, że mała je w rytm „Misia Mniam Mniam”, skoro dla niej to dobre, bo posila organizm, a ja mam mniej nerwów. Szczęśliwa mama i szczęśliwe dziecko, nieszczęśliwi psycholodzy, ale na nich to mi akurat mało zależy…
6. Jedzcie wspólnie
Wow! To już druga teoria mądrych ekspertów, która się sprawdza. Jestem pod wrażeniem. U nas jest jednak mały wyjątek. Na Blankę nie działa wspólne jedzenie tylko z mamą, no bo ja jestem zawsze, więc co to za atrakcja. Musi być przy stole też tatuś, albo babcia, więc umówmy się, w połowie posiłków „Misio Mniam Mniam” jest nam jednak niezbędny.
7. Przemycaj składniki
Tę radę wyczytałam u niezastąpionej Mum and the City, która też ma problem z prawdziwym niejadkiem. Nie powiem, krążyło mi to już wcześniej po głowie, ale po przeczytaniu o jej zmaganiach z próbami przemycenia warzyw synkowi, który toleruje głównie mięso, poczułam się ośmielona. Do ukochanej zupy pomidorowej Blanki blenduję więc włoszczyznę, żeby przemycić marcheweczkę i seler. Placki z jabłkami, które wcześniej podawałam jej ze sporymi kawałkami owoców, które były ukradkiem wydłubywane, zaczęłam przygotowywać ze startym jabłkiem i mała się nie orientuje. Robię jej babeczki marchewkowe. W planach mam też zrobienie kopytek ze przemyconym szpinakiem w cieście. Zaraz pewnie przeczytam, że jestem podła i oszukuję własne dziecko, ale jak się nie da inaczej, to wolę dla jej dobra być oszustką. Za jakiś czas, jak będzie bardziej kumata zasiądę z nią do internetu i zacznę czytać, że po zjedzeniu tego warzywka to będzie miała piękne włosy, a to drugie to cerkę piękną robi. Na razie ona i tak by tego nie zrozumiała, więc nie mam szans, trzeba kombinować…

Wiem, że niektórzy rodzice mogą uznać te metody za „niedzisiejsze” bo dzieci się przecież nie zmusza, daje się wybór, same zechcą jak zgłodnieją i takie tam. To tak na marginesie dodam, że miałam okres, gdy kultywowałam takie twierdzenia. Skończyło się na trzydniowym pobycie w szpitalu, bo Blanka przy ząbkowaniu nie chciała nie tylko jeść, ale i picie ją drażniło. Osłabła nam tak, że pediatra zadecydował, by na wszelki wypadek jechać na izbę przyjęć. Nic miłego, nikomu nie życzę. Wolę więc stosować moje triki i kierować się głównie matczyna intuicją.
![]()
Jeśli spodobał się Wam ten wpis, pewnie chętnie przeczytacie też:
5 sposobów na naukę mycia zębów
Nocne łazęgi
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz tutaj swój ślad, dasz się poznać. Możesz zostawić komentarz, na wszystkie zawsze odpowiadam. Super, jeśli polubisz bloga na Facebooku, czy udostępnisz post swoim znajomym. Każdy wyraz uznania jest dla mnie niezwykle istotny!

